5.2/6 (203 opinie)
5.0/6
SANTORINI 24.07.2016 dzień 15.55 i fruuuu z Okęcia! 3 godzinki i jesteśmy w innym, wakacyjnym znów świecie. Ale teraz już Wam potwierdzam, że nieprawdą jest, iż grecka wyspa Santorini, na którą się wybraliśmy, ma cokolwiek wspólnego z polską piosenkarka śpiewającą mezzosopranem Ireną Santor..... Nazwa Santorini jest najbardziej popularną i ogólnie przyjętą nazwą zarówno archipelagu, jak i największej jego wyspy. Została ona nadana wyspie przez weneckich żeglarzy, którzy wybudowali na wyspie kościół pod wezwaniem Świętej Ireny (tu byłem blisko z naszą Santor, no bo jednak była tam jakaś Irena), która do dnia dzisiejszego jest patronką wyspy. Od patronki kościoła Santa Irini nazywano całą wyspę, by wkrótce z tych dwóch słów utworzyć jedno „Santorini”. Pojawiły się pierwsze biało-niebieskie zabudowania. Jest! Jest! Jest! To Santorini! Teraz mały rekonesans po Kamari, bo tu wylądowaliśmy. Strategicznie zlokalizowaliśmy knajpki, jest ich chyba ponad 100, markety, zeżarłem oczywiście kalmara i sałatkę grecką, wypławiłem się w basenie, a teraz zimne piwko Mythos, whisky i odespać poprzednią noc! Od jutra zaczynamy prawdziwą, turystyczną penetrację wulkanicznej wyspy.... SANTORINI 25.07.2016 - dzień 2Santorini, to najbardziej znana i popularna wyspa Archipelagu Cyklady. To chciałem zobaczyć i zobaczyłem. Veni, Vidi, Vici! Jest to jedno z najpiękniejszych i najbardziej romantycznych miejsc w Europie, umieszczone jako punkt obowiązkowy zwiedzania Europy dla turystów z całego świata i w moim doczesnym życiu. Po śniadaniu mieliśmy zwiedzanie stolicy wyspy Fira. Wyspa Santorini jest w istocie częścią wierzchołka zatopionego w morzu wulkanu, który wybuchł w 1450 r. Wulkany, czerwone plaże, przyklejone do zbocza wulkanu małe, kolorowe domki, turkusowe morze w tle i do tego kentucky bourbon whiskey, bardzo zimne, wspaniałe tutaj, piwo Mythos oraz vodka Rasputin, raz nie Putin, zakupione po 29 zł za litr w samolocie, znów bezcenne! Fira jest kwintesencją Cyklad, położone kaskadowo na wyrastających z morza stromych skałach miasto jest pełne koloru i klimatu. Najpierw spacer po mieście, następnie zjazd kolejką linową nad urwiskiem, na sam dół, do portu, głównie dla przepięknych widoków z tego miejsca. W drogę powrotną na górę udaliśmy się na osiołkach..... No dla mnie musiała być krzyżówka klaczy konia domowego z ogierem osła, czyli ...muł! Bo, gdybym się wspinał na ośle, to musiałby on być, z moja pomocą, sześcionogi! Dowiedziałem się, że muł ma przerąbane, bo najczęściej jest bezpłodny, tylko ok. 5% mulic jest płodnych! W czasie wolnym, w jednej z zawieszonych nad przepaścią tawern spijaliśmy Mythos i zimną kawę frappe! Widok z tego miejsca – uroczy! Następnie zwiedziliśmy Akrotiri - zwane greckimi Pompejami. Niedawno udostępnione stanowisko archeologiczne, które jest pozostałością świetnie zorganizowanego miasta, pochodzącego z 1600 r. p.n.e.!!! Miasto zastygło i zatrzymało się w jednej chwili, pod lawą i popiołem! W wielu miejscach pozostało nienaruszone. W nowoczesnym muzeum, pod dachem, widać całe ulice, można zaglądać do domów, budynków „urzędowych” czy zakładów rzemieślniczych. Bogate freski zdobiły ściany domów, które przeniesione, głównie znajdują się w muzeum w Atenach. Widać wystawy sklepów, meble, naczynia do przechowywania żywności. To nieprawdopodobne, ale to było 3700 lat temu!!! U nas chrzest Polski był w 966 roku pośród kniei i puszcz!!! W jednym z domów znaleziono statuetkę niewielkiego złotego koziołka, no może i Matołka, bo tak mi się rypneło przy pilotce Magdzie! Tu trzeba byłoby drastycznie zmienić historię Koziołka Matołka! Najpierw przenieść w czasie jego „pomysłodawcę-ojca” Kornela Makuszyńskiego, żeby napisał już nie 120 jego przygód, tylko pierdylion przygód, no ale co wtedy z tymi „ co ukradli księżyc”, bo tych też wymyślił Kornel.... Więc idąc dalej, wodną taksówką mieliśmy dopłynąć do słynnej czerwonej plaży Akrotiri. Niestety pech!!! W tym dniu greccy przewoźnicy stracili licencje na prowadzenie działalności, jak częstokroć piotrkowskie minibusy....Nie przeprawiliśmy się więc się do Faros, nie zobaczyliśmy skały w kształcie głowy Indianina, nie podziwialiśmy wulkanicznej formacji skalnej zwaną Niedźwiedziami, nie zatrzymaliśmy się przy Plaży Kochanków i kicha także z białej plaży z czystą wodą. Może jutro grecka straż miejska odblokuje zakaz..... Po planowym rekonesansie postanowiliśmy wybrać się do supermarketu w celu uzupełnienia no np. „śmiesznej wody”. Jakież było zdziwko, gdy na półce z serami znaleźliśmy polskie, zakopiańskie specjały z mlekowity, czyli ementaler i gołdę z pieprzem, ziołami i wędzoną... SANTORINI 26.07.2016 - dzień 3Po dobrym śniadanku, m.in. smakowita jajecznica z zieloną, żółtą i czerwoną papryką, z cebulką, herbata Dilmah, kawka, wybraliśmy się na wulkaniczną wyspę Nea Kameni. Malowniczo położonymi serpentynami przejechaliśmy do portu autokarem i przeprawiliśmy się statkiem Albatros na wyspę. Następnie wykonaliśmy około półgodzinny spacer do krateru wciąż aktywnego wulkanu. Trochę zieje śmierdzącymi gazami bestia! Potem oblani potem powróciliśmy na statek i przeprawiliśmy się na kolejną wyspę wulkaniczną zwaną Palea Kameni, gdzie znajdują się gorące źródła mineralne Hot Springs. Każdy z uczestników miał okazję wykąpać się w leczniczych, jakże by inaczej, walących siarą wodach siarczkowych. Kolejną i ostatnią przeprawą była żegluga na wyspę o nazwie Thirassia. Tutaj przez dwie godziny można było zwiedzać wyspę (ale pół godziny idzie się pod górę, a osiołków brak), pływać przy plaży obok portu, albo zakotwiczyć w jednej z nadmorskich tawern i zakosztować całej gamy świeżutkich frutti di mare. Wiadomo, wybraliśmy di mare. Zamówiliśmy pokazując palcem i dogadując się moim angielskim, zasiedliśmy w greckiej tawernie i czekamy....Ale wyobraźcie sobie, jak Grek może sprawnie przygotować, to co chcesz? No! Nie może z definicji! Więc obserwując, co dzieje się przy okolicznych stolikach u Hindusów, Niemców, Francuzów, czy Czechów, nie spodziewałem się, że dostanę to czego pragnę, bo owoce morza, jak wiecie uwielbiam! No i stało się! Zamiast souvlaków mix dla dziewczyn dostaliśmy souvlaki (czyli szaszłyki) przeplatane kiełbasą! Zamiast jednego souvlaka z muli i drugiego z ośmiornicy, dostałem dwa z muli! Statek odpływał za 20 minut! Wpierdzieliliśmy więc z nutką białego wina i piwka Mythos, to co nam podali! Z humorem uznaliśmy, że to taka grecka tradycja, i heja!!! Powiem wam szczerze! W jeden dzień ogarnąłbym organizacyjnie ten grecki burdel, w tej knajpie zwanej tawerną. Jakby tu wpuścił w biznes Polaków, to żadna wycieczka, nie byłaby nie zadowolona z obsługi, a dochody włącznie z narodowym VAT-em wzrosłyby, co najmniej trzykrotnie, a wtedy Grecy nie mieliby wyłupiastych oczu i nie prosiliby się Unii Europejskiej o dodatkowe miliardy euro dotacji. Mają taki potencjał turystyczny, a jak coś położą na grillu, to nie wiedzą komu podać. No i kto zeżarł moją ośmiornicę??? No, bo ktoś zeżarł, bo widziałem, jak grilluje się na drutach! Wracając, podziwialiśmy wspaniałe klify kaldery (wielkie zagłębienie w szczytowej części wulkanu, powstałe wskutek gwałtownej eksplozji niszczącej górną część stożka wulkanicznego, albo wskutek zapadnięcia się stropu komory pomagmowej wraz ze stożkiem wulkanicznym – Wikipedia) i błękitną morską toń, po której ślizgają się światowej klasy katamarany i ogromniastych rozmiarów wycieczkowce. Po poobiedniej autokarowej drzemce udaliśmy się do naszego Hotelu Alia, gdzie po wykonaniu dwóch otrzeźwiających drinków wylądowaliśmy na przyhotelowym basenie. PS. A, jeszcze jedna ważna sprawa. Powiem wam, że po tylu wyjazdach z Rainbow, do karty stałego klienta dodają nawet pilotki, te najładniejsze...Teraz jesteśmy z Magdą, a dwa lata temu byliśmy z Olgą, no sami oceńcie!!! Do zobaczenia jutro! Ciekawe, jakie też wrażenia będę miał z legendarnego zachodu słońca w Oia... SANTORINI 27.07.2016 - dzień 4No! Zwiedzanie, zwiedzaniem, ale wakacje wakacjami, odpoczynek się należy! Dziś w 4 dniu po breakfaście mieliśmy czas wolny do godz. 16.00. Zdecydowaliśmy więc, że najpierw udamy się nad morze. Zaatakowaliśmy całe Kamari, po wojskowemu od lewej flanki i dokonaliśmy całościowego, szpiegowskiego rozeznania miejscowego, strategicznego pod względem turystyczno, kąpielowo, kulinarnym dla nas terenu. Makłowicz, jak Wielki Brat, byłby pod wrażeniem... Po rekonesansie wybraliśmy dogodną plażę. Ale, żeby z niej skorzystać z leżaków, trzeba było zgodnie z miejscowymi zasadami zakupić coś za minimum 4 euraki. Zakupiliśmy więc 2 piwka Mythos, jedną frappe i usadowiliśmy się na przepięknej cykladzkiej plaży. Morze ciepłe, plaża kamienisto-żwirowa, ale wolę to niż polski Bałtyk, brrrrr. Po morskich kąpielach całą naszą trójkę, no bo byłem z „dwiema żonami”, szumem fal i furgotem, podchodzących do lądowania samolotów, ogarnęła niespodziewana, upojna drzemka. Tak jak w piosence Kory z Maanamu „Cykady na Cykladach”: Jest bardzo bardzo bardzo cicho, Słońce rozpala nagie ciała, Morze i niebo ostro lśni, Dobrze mi, ach jak dobrze mi,Refren: Cykady na Cykladach, …...tak tylko, że ja tu o dziwo, żadnej cykady nie słyszałem W drodze powrotnej podziwialiśmy niespotykaną u nas roślinność: opuncje, araukarie, oleandry, palmy, agawy, oliwki, figi, granaty, eukaliptusy i inne kaktusy. Na obiad kalmar, tym razem pyszny, grillowany specjał szefa hotelowej kuchni. O 16.10 autokarem udaliśmy się najpierw na degustację, gdzie w winnicy Santo Wine mogliśmy posmakować najbardziej znanych lokalnych win oraz sera, a także jeszcze raz podziwiać panoramiczny widok na wulkan i całą wyspę. Następnie wycieczka na zachód słońca w Oia. Zjeżdżają się tutaj turyści z całego świata. Rytuałem na Santorini jest obserwowanie zachodu słońca w Oia, to jedyne w swoim rodzaju przeżycie. Potwierdzam!!! Oia położone jest na wysokim klifie. Właśnie z tego miejsca widać słynne, zapierające dech w piersiach widoki na morską kalderę. Stąd, z towarzyszącymi łykami Mythosa (no kurde, ja wodą nie ugaszę pragnienia) podziwialiśmy słynną biało-niebieską zabudowę. Charakterystyczne są nie pokryte niczym betonowe łukowate dachy. Tutaj brak dachówek, papy, strzechy, blachy, po prostu łukowaty beton i już. Sam zachód oglądaliśmy z najbardziej ekskluzywnego miejsca, czyli zabytkowej twierdzy, która jest pewnie z jakichś czasów Platona czy Homera. Tam w pewnej chwili zauważyłem dwie Brytyjki po brexicie, piły polską soplicę orzech laskowy...Fajnie tu też wyglądają ufajdane w kurzu samochody Greków. Kalimera, kalispera, kalinichta, czyli po grecku dzień dobry, dobry wieczór, dobranoc, a w nocy zdałoby się krzyknąć: „Kali przynieś wody, bo suszy...” SANTORINI 28.07.2016 - dzień 5Po śniadaniu zdecydowaliśmy, że dziś będziemy wypoczywać przy hotelowym basenie. To był dobry strzał. Leżing, plażing, łomżing, ale z Mythosem. Woda bajka i przewalanki z basenu na leżak, z leżaka do wody, przedzielane delektowaniem się zimnym piwkiem i winkiem z lokalnych winnic. Nie poskakałem do wody, bo było napisane „No diving”. Kiedyś w dal skoczyłem 6.04 m, a tu nie mogłem sobie podivingować. Ćwiczyliśmy też pływanie synchroniczne. Na obiad zaległa ośmiornica, której nie zjadłem podczas rejsu po wyspach, musaka, gulasz z ziemniakami i ryba w sosie kwaśnym. Po południu uzupełnienie zapasów w lokalnym markecie...... Dla porównania 0,7 Johny Wahlkera – 17.50 euro, a za litr polskiego Belwedera 86.70!!! O 20.00 autokarem z kierowcą Arisem, ruszyliśmy na wieczorne zwiedzanie stolicy wyspy Fira, którą wcześniej podziwialiśmy już za dnia. W ciasnych uliczkach kaskadowej zabudowy, wśród tłumów turystów czuć jest wyjątkowość tego miejsca, raz to z powodu woni ekskluzywnej marki perfum czy też strojów turystów, sklepowych jubilerskich witryn, raz z zapachów dobrej greckiej kuchni, czy też pięknego widoku kaskadowych hoteli z małymi błękitnymi basenami. Za 10 euro możesz sobie zrobić peeling stóp naturalną metodą wygryzania złuszczonego naskórka przez małe rybki. Jednak widok całej Firy i kaldery bezcenny.... SANTORINI 29.07.2016 - dzień 6Kalimera, czyli dzień dobry! Korespondent New York Times wita! Dziś pospaliśmy dłużej, a co! Po śniadaniu, skapcaniali, zrezygnowaliśmy z kąpieli morskich na kamienisto-żwirowej plaży w Kamari. Zachwyceni urokami naszego hotelowego basenu (naprawdę taką wodę i spokój lubię), pozostaliśmy w porannym letargu - raz kąpiąc się, raz drzemiąc, myszkując po facebooku czy rozwiązując krzyżówki. Aleeee nieee! Długo, taki stan rzeczy nie trwał, bo na basenie pojawiły się małe Greki na lekcję pływania!!! "Ogonas! Ogonas!" - krzyczał trener. A to chodziło o łokieć, jak się po chwili zorientowałem. Mimowolnie nauczyłem się paru słów. Po małej godzinie towarzystwo poszło, a my wtedy siup do wody! Dobrze mamy z owocami, bo sięgniesz ręką z tarasu i masz wspaniałe słodkie, bezpestkowe winogrona. To, takich, kurde mać, jeszcze, powiem wam, nie jadłem. Prócz czeredy małych Greków z basenu korzystają nie tylko turyści, ale i....wróble, które chłepcą i pluskają się w płyciutkiej wodzie przy spływach. Po południu realizowaliśmy okoliczny spacer po przybrzeżnym deptaku, gdzie obie „sroczki” tj. moja żona i jej przyjaciółka, penetrowały jeden sklepik po drugim. Moja nadmorska przygoda, z tego powodu, nie miała końca.... Zrozumieją to tylko mężczyźni. Wspólnie doszliśmy do wniosku, czy nie spróbować, by zrobić we własnym zakresie najbardziej popularnej w Helladzie - sałatki greckiej. Woooow! Zakupione warzywne składniki w pobliskim disconcie „Big”, wsparte świadomie serem feta, solą, pieprzem, oliwą z oliwek, jak iż samymi oliwkami i ziołami do sałatek, dały efekt reeeewelacyjny! Jesteśmy z siebie dumni a obżarci chodzimy jak bąki! Nakupiliśmy tylko, tyle tego wszystkiego, że na jutro też nam wystarczy....a teraz zrobiliśmy sobie Dzień Greckiego Nauczyciela i pijemy „Teatcher's” from Scotland.... SANTORINI 30.07.2016 - dzień 7Dzień Greckiego Nauczyciela, po zakupie kolejnej „Teatcher's” from Scotland w greckim nocnym, przeciągnął nam się aż na sobotę, toteż wstać było ciężko. Po śniadaniu wygmeraliśmy się na basen. Jak zanurzyłem głowę, to usłyszałem, takie tssssss. Pomogło! Na obiad szef przyhotelowej kuchni polecił mi najdroższe kalmary, ponoć po 20 euro za kg. Ale gdybym wiedział, że ten skurczybyk zaserwuje mi je po santorińsku, bez pojęcia w sosie pomidorowym z ziemniakami al dente, to przecież bym nie wziął tego cholerstwa! 10 euro pooooszło bez smaku! A jeszcze potem głupio się uśmiechał i pytał: "Czy smakowało?" No rozwalił mnie gość! Po tym nieszczęsnym kulinarnym szoku (kalmary mit kartofeln!) udaliśmy się, by pożegnać nadmorskie plaże Santorini w Kamari, nie, nie kalmari z ziemniakami...tylko Kamari! Po nacieszeniu się widokami postanowiliśmy zasiąść w jednej z tawern. Wybraliśmy „Akademia”. Zamówiliśmy, tym razem, kalmary z sałatką i przy łykach wytrawnego wina (zestaw wraz z kieliszkiem wina za 7,50!) podziwialiśmy morskie uroki, spędzając tak ostatnie nasze chwile wycieczki z Rainbow pn. „Zachód Słońca na Księżycu”. Winien jestem wyjaśnienie, że nazwa taka stąd, że podziwia się tutaj zachód słońca w Oia, a wyspa Santorni ma kształt Księżyca. W drodze powrotnej zaglądaliśmy do stoisk i sklepików. Tu możesz napić się z półkubka, kupić sowę wykonaną z zastygłej, wulkanicznej magmy bądź przyozdobić biżuterią Swarovskiego. Potem kąpanko w basenie i tak minął nam ostatni dzień na Santorini. Jutro śniadanko i o 7.40 krótki transfer na lotnisko, bo mamy je niemalże przez płot. O 11.35 znów powitamy Warszawę.....Było warto! Polecam!Wieslavos Santorini Makłowicz-Kozicos
Wiesław, PIOTRKÓW TRYBUNALSKI - 13.03.2017
14/15 uznało opinię za pomocną
5.0/6
Bardzo ciekawy program, świetna lokalizacja hotelu 3 min od plaży, standard pokoju jak na objazd ok, śniadania smaczne i świeże
Małgorzata, Lublin - 15.06.2024 | Termin pobytu: maj 2024
0/0 uznało opinię za pomocną
5.0/6
Wycieczka całkowicie zgodna z ofertą, przeprowadzona w sympatycznej atmosferze. Polecam!
Katarzyna - 19.06.2016 | Termin pobytu: czerwiec 2016
7/19 uznało opinię za pomocną
5.0/6
To nasz pierwszy, a zarazem bardzo udany wyjazd z Rainbow. Bardzo chciałam zobaczyć Grecję i cieszę się, że na pierwszy raz udało nam się odwiedzić najpiękniejszą jej część. Program bardzo dobrze ułożony (chociaż dla mnie mógłby być bardziej intensywny). Pani Natalia zmieniła nam kolejność i pomimo, że już pierwszego dnia jechaliśmy na degustację wina i zachód słońca to bardzo cieszymy się z tej opcji, gdyż spacerowanie wśród 7-tysięcznego tłumu następnego dnia nie należałoby do najprzyjemniejszych. Zachód słońca na Oia rzeczywiście jeden z najpiękniejszych na świecie, chociaż tłumy, które na niego przybywają potrafią troszkę zepsuć krajobraz... Warto się wybrać poza szczytem sezonu, zdecydowanie przyjemniej będzie się oglądało :). Trzeciego dnia wybraliśmy się na dzienne i wieczorne zwiedzanie Firy - stolicy wyspy. Ciekawa wycieczka, poznaje się historię wyspy. Zwiedzanie muzeum historii w Firze pokazuje jak badzo rozwinięta była cywilizacja, która zniknęła po wybuchu wulkanu. Jak wiele, a jednocześnie niewiele po niej zostało. Jednak największe wrażenie zrobiło na nas odkopane miasto sprzed ponad 1620 roku p.n.e. (kanalizacja, magazyny, ŁÓŻKA). Jedna z najbardziej rozwiniętych cywilizacji, a tak mało o niej wiemy. Spacer wśród ruin, które są sprzed naszej ery... Fenomenalne wrażenie. Czerwona plaża ładna, pomimo że nie można się tam kąpać. Wieczorem powrót do Firy. Pani Natalia proponuje oglądanie zachodu słońca w Fira Stefani, który też piękny, a dodatkowo siedzi się w pierwszym rzędzie i bez tłumów. Warto. Później zostaje jeszcze chwila na kupno pamiątek czy zjedzenie posiłku. Mimo wszystko wolałabym żeby to była wycieczka całodniowa, bez powrotu do hotelu na odpoczynek. Czas pomiędzy można by wykorzystać na dłuższy spacer po mieście czy odpoczynek na jakiejś plaży z możliwością kąpieli. Ostatnia wycieczka najbardziej nam się podobała. Łączyła wszystkie najlepsze elementy każdej wycieczki. Rejs statkiem, kąpiel w morzu, spacer po wulkanie oraz miasteczku, które zatrzymało się w czasie. Zaczyna się od kąpieli w źródłach siarczkowych (trzeba do nich dopłynąć ze statku, nie jest to trudne). Następnie wejście na wulkan (przydadzą się dobre buty, kapelusz, litr wody i wysoki filtr). Bardzo fajnie, że pani Natalia zabrała nas jako pierwszych na góre, ominęliśmy tłumy i mieliśmy przepiękne widoki praktycznie tylko dla siebie. Spacer po aktywnym wulkanie robi wrażenie. Następnie największa perełka - miasteczko na Thirassi. Co prawda żeby je zobaczyć trzeba się wspiąć po wysokich i długich schodach, ale spacer na górze rekompensuje każdy wysiłek. W miasteczku cisza, spokój, zero turystów. Można chłonąć Grecję w najczystszej postaci. Dodatkowo na górze pyszna restauracja z tarasem widokowym... BAJECZNIE. Na zakończenie dnia rejs wzdłuż klifów... BAJECZNIE x 2. Niestety nie skorzystaliśmy z wycieczki na Ios... ze względu na cenę, zwłaszcza biorąc pod uwagę jakość i ilość atrakcji (przepłynięcie promem, spacer po miasteczku, dojazd). Gdyby była niższa cena, myślę, że byśmy się wybrali (70 euro / osoba). Wieczór grecki - również bardzo wygórowana cena. Gdyby cena była porównywalna / trochę wyższa niż standardowy posiłek dla dwóch osób to chętnie byśmy skorzystali (55 euro / osoba). Dodatkowa uwaga: pomimo, że podobała mi się jazda na osiołkach i niewątpliwie była to dla mnie atrakcja, z której skorzystałam pierwszy raz w życiu to uważam, że ta część programu powinna być wykluczona. Zarówno jako biuro, jak i świadomi turyści nie powinniśmy wspierać turystyki opartej na wykorzystywaniu zwierząt. Zwłaszcza w warunkach 40 stopniowego upału, 588 stopni w górę... Reflecja przyszła po czasie. Widoki z kolejki zapierające dech w piersiach, a nie męczymy zwierząt. Warto się zastanowić co wybrać.
Marta - 04.09.2017
27/29 uznało opinię za pomocną