5.4/6 (81 opinii)
Kategoria lokalna 4
6.0/6
Wygodne i przestronne pokoje, plaża przy samym hotelu, bardzo dobre pożywienie i przede wszystkim wspaniała ekipa hotelowa.
Damian Kamil, Kraków - 30.01.2024 | Termin pobytu: styczeń 2024
4/5 uznało opinię za pomocną
6.0/6
Wyjazd do Gambi dostarczył mi moc emocji i pozwolił na zobaczyć wrota prawdziwej Afryki oraz poczuć jej zapachy. Z Pobyt w tym kraju pozostanie na długo w mojej pamięci .
Alicja Bogumila, --- - 24.11.2024 | Termin pobytu: listopad 2024
6/8 uznało opinię za pomocną
6.0/6
Zacznę od tytułu - hotel położony jest na cyplu, więc można podziwiać na plaży zarówno wschody jak i zachody słońca, co jest ewenementem. Ale od początku. Przybyliśmy do hotelu po objeździe około godziny 12 w południe i o dziwo od razu dostaliśmy pokój. Wszystkie pokoje znajdują się w parterowych bungalowach usytuowanych na dość rozległym i zielonym terenie. Pokój jest duży i dobrze wyposażony - sejf, lodówka, kosmetyki, stolik i krzesełka, bardzo wygodne łóżko, działająca klimatyzacją, każdy pokój ma spory ,zadaszony taras ze stolikiem i krzesełkami. Nam trafił się pokój z widokiem na mniejszy basen i w oddali było widać ocean. Baseny są dwa, jeden większy w centrum hotelu, tu odbywają się animacje, jest duży bar, amfiteatr i drugi mniejszy, ale również z barem i uroczy, spokojny. Ale number one jest plaża - wielką, szeroka, porośnięta palmami, są na nie stanowiska wędkarskie. I na plaży i przy basenach zawsze są wolne leżaki, więc nie ma potrzeby zrywać się rano i ich zajmować. Czzuste ręczniki plażowe wymieniane beez problemu. Jedzenie wyśmienite, szczególnie po objeździe ( bywało różnie) Bardzo dobre desery, owoce, w międzyczasie przekąski i lody. Urozmaicone wieczorne animacje - zespoły muzyczne, pokazy afrykańskich tańców oraz kultury, karaoke - ogólnie na plus. Na terenie hotelu wiele zwierzątek - małpi złodziejki, kradną z tarasu i pokoju jedzenie, majestatyczne sępy, kormorany, czaple i różne inne kolorowe ptaszki, których z nazwy nie wymienię. Po wyjściu z hotelu zupelnie inny świat - prawdziwa Afryka, Pięknie odziane kobiety, rękodzieło, stragany z miejscowymi wyrobami. Idąc około 10 minut wzdłuż drogi , napotkamy katolicki kościół, a około 20 minut są słynne krokodyle, czyli Kachikally - miejsce święte, gdzie kobiety modlą się o płodność. Naprawdę można dotknąć krokodyli. Rainbow oferuje ciekawe wycieczki, ale my byliśmy po objeździe, więc nastawiliśmy się na wypoczynek i zrealizowaliśmy plan w 100%. Gorąco polecam hotel i biuro Rainbow!
Wioleta - 21.03.2025 | Termin pobytu: styczeń 2025
3/3 uznało opinię za pomocną
6.0/6
Hotel na swoje 4* i położenie w środkowej Afryce, na południowym skraju Sahary, w jednym z najbiedniejszych i najmniejszych krajów kontynentu - bez zarzutu. Czysty i zadbany tak, że nawet niektóre miejsca nieco jak z epoki Gierka nie powodują odruchu zastanowienia, gdzieśmy to trafili. Pokoje wyłącznie w budynkach typu parterowy bungalow - dżdżownica, po kilka z jednej i drugiej strony każdego budynku. Ani odrobiny tłoku na stołówce, w barach, przy basenach, a już najmniej na plaży. Czysto, estetycznie. Na powitanie mimo późnej pory posiłek. Podobnie przy późnym wyjeździe - można próbować pytać w przeddzień o możliwość późniejszego zwolnienia pokoju, ale jeśli się da, to kosztuje to 10 dolarów za każdą godzinę, a niezależnie od tego z infrastruktury hotelowej (włącznie z ręcznikami plażowymi) i posiłków można korzystać do samego przybycia transportu. Posiłki, cóż, mało urozmaicone, ale głodny nie chodziłem, mimo że nieco wybredny jestem. Obsługa stołówki - tu było to widać najbardziej - nieco snująca się, to nie to, co widziałem do tej pory gdzie indziej, ciągły ruch i sprint. Ale to taki kraj, taki sposób życia. We wszystkich miejscach jest kawa wyłącznie z ekspresów przelewowych. Położenie hotelu świetne, ale jeśli chodzi o zdjęcia wschodu i zachodu słońca, to wiele zależy od pogody, przejrzystości powietrza. Nam nie była dana zbyt dobra. Nad hotelem i w nim pojawia się wiele ptaków, choć różnorodność gatunkowa niewielka. Toko senegalski to chyba najciekawszy gatunek, choć tylko raz tu widziany, a sępy i krukowate są stałymi gośćmi, czasem siadają na brzegu basenu traktowanym jak wodopój. Trafiły nam się żniwa kokosowe, można było popatrzeć, jak są zbierane z tych wysokich palm. Na drzewo nikt nie drapał się boso - kto pamięta raki do wspinania się na drewniane słupy telefoniczne, będzie miał okazję przypomnienia sobie tego widoku :-) Była przy tym okazja i popatrzeć na przygotowanie kokosa do konsumpcji i pokosztować świeżego. Szkoda, że nie lubię :-/ Pokoje schludne, czyste. Nieprawdą jest, jakoby rzadko sprzątane i tylko po łebkach. Codziennie i starannie. Klimatyzacja działa sprawnie, tym nie mniej po zameldowaniu lepiej za napiwek pozwolić się zaprowadzić do pokoju boyowi, bo u nas przy prezentacji pokoju i sprzętu odkrył niesprawną klimatyzację. Stwierdził, że zamelduje o tym, żeby ktoś przyszedł naprawić, a niedługo sam wrócił i przeniósł nas do wolnego pokoju obok ze sprawną klimatyzacją. Konserwator od klimatyzacji też pojawił się niewiele później. TV nie włączałem, mam nadzieję, że nie zgubiliśmy pilota, choć nawet nie wiem, czy tam był. Miejscowość to chyba wieś - Cape Point. Przyklejona do miasta Bakau. W Bakau (z hotelu w lewo i pierwsza w prawo) do jedynego tu kościoła (Star Of The Sea Church) jakieś 2-2,5 km, fajny spacer. Na tej drodze jest wystarczająco dużo (jak na tę lokalizację) straganów i sklepów turystycznych, żeby nie było potrzeby szukać ich gdzieś dalej. Do kościoła warto zajrzeć w niedzielę na mszę o 10:00 ze względu na stroje kobiet i naturalny gospel zamiast zawodzenia starych bab. Przed hotelem taksówki i przewodnicy są autoryzowani przez hotel. Kurs na ulicę Senegambia w Serrekundzie kosztuje 800 dalasi (GMD) w jedną stronę i nie ma potrzeby się targować, taniej nie będzie. W Bakau jest jedna z atrakcji oferowanych w wycieczkach biura - Kachikally Crocodile Pool i tam można dotrzeć spacerem z hotelu. Rezydent nie poleca standardowej trasy, bo od Bakau Craft Market idzie się tam drogą, wzdłuż której w znacznej części jest odkryty rynsztok, więc zapachy są nieprzyjemne. Ale da się wytrzymać, chyba że ktoś woli poszukać innej drogi (w sumie nawet wato się przejść nie tylko głównymi ulicami i być jedynymi tubabami w okolicy). W ogóle warto wtedy zaakceptować przewodnika sprzed hotelu, poprowadzi, odgoni zbyt natrętne dzieci, w parku krokodyli opowie o wystawie etnograficznej, poproszony zorganizuje zrobienie zdjęć w slumsowatej uliczce (za robienie zdjęć kobietom bez ich akceptacji można mieć kłopoty) i zadba o bezpieczeństwo fotografa. Nie patrzył na wielkość zapłaty (napiwka), wziął z dobrodziejstwem inwentarza, ale warto dać więcej, niż standardowe 100-200 dalasi). Wszystkim sugeruję wzięcie małego zapasu maseczek, najlepiej chirurgicznych lub nie mniej skutecznych, a wrażliwym na pył to już mocno doradzam. Pyłu jest tam wszędzie mnóstwo, nawet niektórzy miejscowi noszą maseczki. Nawet pogoda może spłatać figla jak nam i wiatr od morza oprócz mgły potrafi pyłem zabarwić powietrze do beżowego koloru, co może potrwać wiele godzin, a nie tylko chwilę. Z wycieczek zorganizowanych przez biuro skorzystaliśmy tylko z "Kajakiem przez namorzyny", głównie ze względu na ptaki. Zawiodłem się nieco, bo liczyłem na więcej gatunków, niż widziałem. Ale wycieczka w całości fajna. Ku przestrodze informuję, że w czasie płynięcia "tam" było chłodnawo, gdybym wziął z sobą, na pewno zarzuciłbym coś na ramiona. Ostatnim punktem wycieczki jest wizyta na targu rybnym, straszą nieznośnym zapachem. Ja nie czułem nic. Miałem trochę przytkany nos, ale to nie usprawiedliwia aż takiego braku zapachu, gdyby tam tak strasznie śmierdziało. W drodze na krokodyle było gorzej. W całej Gambii jest problem z bankomatami. Jeśli już gdzieś jakiś jest, to tylko 1/10 sukcesu. Każdy z nich albo działa, albo nie działa, a przeważnie nie działa, poza tym wydaje (jak piszą inni) do 6000 dalasi i jeszcze bierze za to 150 dalasi prowizji, więc najlepiej mieć gotówkę do wymiany na dalasi, przy czym wymieniać pilnie na lotnisku nie ma powodu (jest jakiś kantor za zdawkową kontrolą bezpieczeństwa, ostatnim etapem męczarni lotniskowej, gdzie wszystkie bagaże hurtem przejeżdżają przez skaner). Wymienić pieniądze jest gdzie, nawet jeśli brać pod uwagę tylko punkty Western Union (w hotelu też można przy gorszym kursie - nie korzystałem). Według rezydenta kurs w grudniu 2024 r. wynosił 67-69 dalasi za dolary w drobnych nominałach (do 20 dolarów włącznie), 69-71 dalasi za dolary w banknotach o wyższym nominale, za euro 73-74 dalasi. Kartę z taryfą tylko do internetu można kupić zaraz za odprawą paszportową, naprzeciw taśmie bagażowej, prezentują się chyba obie sieci. Jedna ma lepsze pokrycie, druga lepszą przepustowość. Kupiłem kartę Africell z 10 GB danych za 15 dolarów, innych cen nie pamiętam. Na miejscu dwaj ludzie uruchamiają kartę, trzeba dać im telefon (mieć dualSIM lub oddzielny router mobilny). Teoretycznie któraś sieć wprowadziła już eSIM do oferty, ale chyba jest w powijakach, a na pewno nie da się uzyskać przez internet. Podobnie na Dominikanie, którą teraz analizuję: zamienić SIM na eSIM można bez problemu, ale jak nie jesteś naszym klientem, to przyjdź do jednego z naszych wielu punktów obsługi, a wszystko za ciebie załatwimy. Na lotnisku nie warto płacić z góry opłaty za ochronę na podróż powrotną. Opłata przy przylocie i przy wylocie każdorazowo wynosi 20 dolarów, 20 euro (wtedy wydają bodaj 100 dalasi reszty) lub 1000 dalasi, czyli równowartość 13-14 dolarów. Warto zostawić sobie trochę dalasi na podróż do domu. Na przykład dla kierowcy i pomocnika za targanie walizek na dach (tu nikt sam walizki ani do bagażnika, jeśli to duży autobus i ma bagażnik nisko, ani tym bardziej na dach sam nie włoży). Na lotnisku w skromnej strefie wolnocłowej można było kupić tanio wodę mineralną (600 ml ok 4-5 zł w przeliczeniu), ale tylko za dalasi, a płatność kartą od kwoty 500 dalasi. Nawet gdybym miał gdzie włożyć 10 butelek, zakup i tak nie miałby sensu. Przedostanie się od wejścia na lotnisko do wyjścia bramką do autokaru to mała gehenna. Tłok, powolność, przepuszczanie przodem (przez obsługę) tych, których samolot wcześniej odlatuje, fatalna kontrola graniczna (w obie strony skanowanie linii papilarnych i twarzy). 3 godziny na całą ścieżkę, non stop w kolejce, może nie wystarczyć. W Gambii niby językiem urzędowym jest angielski, ale niektórzy ludzie mówią tak niewyraźnie i zdawkowo, że przy moim bardzo słabym angielskim zwykle trudno mi było ich zrozumieć za pierwszym, a czasem i za piątym razem, choć widziałem i swobodne rozmowy Gambijczyków z turystami. Niemniej zdecydowanie lepiej można zrozumieć ludzi spoza Gambii, których angielski nie jest naturalnym językiem.
Jarosław, Opole - 26.12.2024 | Termin pobytu: grudzień 2024
13/13 uznało opinię za pomocną