Opinie o Zapach wina i lawendy
Oceny szczegółowe
Zweryfikowane treści - Opinie pochodzą od Klientów, którzy odwiedzili dany hotel lub uczestniczyli w wycieczce objazdowej.
Dowiedz się, co sądzą inni
Nowość AIZastanawiasz się, czy ta wycieczka to dobry wybór? Wpisz pytanie, a dostaniesz podsumowanie wszystkich opinii naszych gości.
0.5/6
Czy ta opinia była pomocna?
Najwieksza porażka biura
Aretta 06.10.2021 | Tagi: 46-55 lat, ze znajomymiOd kilku lat jeżdżę z Rainbow, ale ta wycieczka to największy niewypał. W ofercie biura- "gwarantujemy większość hoteli nad morzem", a na objeździe żaden nie był nad morzem. Marzenia o kąpieli po całym dniu zwiedzania spełzły na niczym. Hotel GRANT 4* w BiH to swoistą perełka wyjazdu- w kranie czarna Woda, a na śniadanie mortadela, ledwie ścięte jajko sądzone, dżem i ser twarogowy - o takim super wyżywieniu biuro nie informowało wcześniej. Zaskakuje to, bo w sklepach jest wszystko podobnie jak w Polsce i cenowo podobnie, a na talerzu WIELKIE NIC!
0.5/6
Czy ta opinia była pomocna?
Huberto! Huberto! (czyt.: Sprinetem! Sprintem!) Zapach autokaru i granic (państ i wytrzymałości).
Agnieszka 29.07.2026 | Termin pobytu: lipiec 2026 | Tagi: 36-45 lat, samemuWycieczka "Zapach wina i lawendy" miała być dla mnie spełnieniem marzeń, okazała się rozczarowaniem. Nie zawiodły mnie Bałkany, te okazały się piękniejsze niż przypuszczałam. Przejechałam się na biurze Rainbow, przede wszystkim na pilocie, panu Hubercie G., i logistyce wyjazdu, która okazała się nielogiczna i skupiona na nadmiernej oszczędności. Lawenda była tylko w sklepach z suvenirami, wino gdzieś się nawet znalazło. Zaczęło się standardowo: lotnisko, lot, transfer do hotelu, przeprawa przez granicę do hotelu w Hercegowinie, gdzie… zostaliśmy pozostawieni sami sobie aż do dnia następnego. Pilot zjawił się na śniadaniu i zamiast przywitać się i przedstawić, zaczął od pałaszowania śniadania. Dobrze chociaż, że miał na sobie uniform Rainbow, więc wyhaczyliśmy, kim on jest. Objazd rozpoczął się od krótkiej podróży do… drugiego autokaru. Podczas przesiadki teoretycznie mogliśmy skorzystać z WC w pobliskiej restauracji. Praktycznie zahaczył o nią tylko pan Hubert, który wówczas po raz pierwszy pokazał, że na tym wyjeździe obchodzi go tylko i wyłącznie on sam. Nawet powiedział jednej pani, że on w łazience był i „musi być szybka i się orientować|. W drugim pojeździe było małe zamieszanie z miejscami przez które zostałam skrzyczana przez pilota. Sam początek wycieczki, a ten podnosi na mnie głos, bo nie wiem, czy osoba, z którą miałam według przedstawionej przez niego jeszcze w hotelu listy ze mną usiądzie!!! Paranoja! Nie wiem, czy byłam bardziej wściekła czy zdziwiona, wiem, że miałam ochotę na przerwanie tego wyjazdu. To sprawiło, że niewiele pamiętam i z kolejnego przejazdu przez granicę, i ze Splitu, i z Trogiru. Plan wycieczki informuje mnie, że tam byłam. Muszę wierzyć w słowo pisane. Trzeciego dnia przebiegliśmy się po Parku Narodowym Plitvickie Jeziora. Tak, tak: PRZEBIEGLIŚMY SIĘ. Pilot był zajęty gawędzeniem z kimś, za kim mieliśmy podążać (celowo nie nazywam tego człowieka przewodnikiem, bo o odwiedzanym przez nas parku nie dowiedziałam się podczas tego sprintu niczego) i kolejny raz pokazał, gdzie ma uczestników wycieczki. To, że większość osób wykupiła ją ze względu na to miejsce, niewiele go obchodziła. Najważniejsze było, żebyśmy jak najszybciej przemierzyli trasę i trafili do nieposiadającego windy hotelu pośrodku niczego, gdzie zepsute było niemal wszystko, włącznie ze zmieloną padliną, którą podano nam na obiadokolację. Czwartego dnia, po kolejnym przekroczeniu granicy i kilkugodzinnej podróży autokarem, trafiliśmy najpierw do Mostaru, w którym kolejny raz zostaliśmy wypuszczeni na króciutki sprint po mieście (czasu nie starczyło nawet na zejście nad rzekę, by z innej perspektywy zobaczyć słynny most), później do Medjugorie, gdzie w zasadzie nie było nic ciekawego. Lokalnych serów i miodów przede wszystkim, bo pan Hubert stwierdził, że nie będzie woził nas po krzakach. Po odwiedzeniu Góry Objawień, mogliśmy po raz kolejny odczuć, jak biuro podróży na nas oszczędza: trafiliśmy na nocleg do pana, którego własnością jest pół wioski, i który rozlokował nas po różnych dziwnych miejscach. Żadne z nich nie posiadało windy. Ale po co komu targającego ze sobą kilkunastokilogramową walizkę transport na wyższe piętro? Piąty dzień zaczęliśmy od długiej wycieczki autokarowej przerwanej pobytem na granicy między Bośnią i Hercegowiną a Czarnogórą, by trafić do Perastu. W trakcie przejazdu kilka osób, przede wszystkim dzieci, poczuło się bardzo źle. Pan Hubert zbytnio się tym nie przejął, w końcu to nie on mdlał i wymiotował. Podczas pobytu w tym jakże malowniczym miejscu, dopadło i mnie. Zamiast podziwiać uroki tego fanatycznego miejsca, skupiałam się na tym, żeby nie zhańbić wyspy Matki Boskiej ze Skały wymiocinami. Zamiast podziwiać piękny Kotor, próbowałam nie paść na rozgrzany bruk i jeden jedyny raz ucieszyłam się, że pilot daje nam tak mało czasu wolnego. Dzięki sprintowi, który kolejny raz nam urządził, szybciej trafiłam do hotelu, gdzie zimnym prysznicem, garścią tabletek i poobiednim spacerem postawiłam się na nogi. Szósty dzień zaczęliśmy od przejazdu słynnymi serpentynami, które doprowadziły nas na degustację rakiji, kanapki z lokalnymi wyrobami (serem i szynką) i wina w Njeguszy. Na otrzeźwienie trafiliśmy najpierw do mało interesującej Cetiny, następnie do zaskakującej Budvy. Oczywiście wszystko w niewoliczym, sterowanym przez pilota pędzie. Dzień siódmy okazał się dla horrorem. Najpierw jechaliśmy kilka godzin autokarem do granicy z Chorwacją. A, że po drodze nie było żadnego postoju, a WC w autokarze zamknięte było na siedemdziesiąt siedem spustów, połowa uczestników wycieczki mało nie zmoczyła bielizny. Gdy zatrzymaliśmy się miejscu, gdzie jak się okazało nie ma toalety, kilka najbardziej zdesperowanych osób pobiegło za kosze na śmieci. Nikt ani się nie śmiał, ani nie dokazywał, bo po raz kolejny trzeba było przekroczyć granicę. Gdy w końcu dotarliśmy do Dubrownika, okazało się, że kolejny raz mamy biegać po mieście, by zobaczyć cokolwiek. Trzy godziny na TAKIE miejsce (łącznie z oprowadzaniem przez przewodniczkę) to zdecydowanie za mało! Każdy musiał wybierać miedzy wjazdem kolejką, wizytą na murach czy obiadem. Takie gonienie okazało się dla mnie zgubne: chciałam zobaczyć za dużo i przewróciłam się na śliskim bruku uszkadzając lewą rękę. Wypadek zgłosiłam panu Hubertowi, żeby w razie ewentualnych powikłań mieć świadka, że wydarzył się on podczas wycieczki na którą wykupiłam dodatkowe ubezpieczenie i… po raz kolejny przekonałam się, jak pan G. jest słabym, lekceważącym swoje obowiązki pilotem. Usłyszałam od niego, że: może dać mi nr do opieki lekarskiej, ale ta nie dojedzie; on nie jest żadnym świadkiem, bo powie, że kazał mi wezwać pomoc, ale go zlekceważyłam; nie dostane odszkodowania od Rainbow! Oczywiście nie spytał, jak się czuję, od razu przyjął postawę obronną i założył, że próbuję naciągną jego pracodawcę! Aby w razie ewentualnych powikłać w późniejszym czasie mieć dowód, że wypadek miał miejsce w Chorwacji, odeszłam kawałek od miejsca zbiórki i nagrałam film w którym pokazuję zakrwawiony, lekko opuchnięty łokieć i opowiadam, co się stało. Paranoja! Siedząc w autokarze modliłam się o to, żeby ręka nie okazała się połamana i rozmyślałam nad poziomem znieczulicy u człowieka, który teoretycznie miał się mną opiekować, praktycznie po raz kolejny potraktował mnie jak balast. To wtedy w raz z innymi uczestnikami wycieczki dowiedziałam się, że w hotelu, do którego zmierzamy, a od którego kolejny raz musimy pokonać granicę między Chorwacją a Bośnią i Hercegowiną, nie ma dla nas wystarczającej liczby pokoi. Część osób trafiło została wywieziona do innego, oddanego kilka km miejsca. Ci, którzy trafili do pierwotnego miejsca (hotelu, w którym nocowaliśmy zaraz po przylocie na Bałkany), zderzyli się z organizacyjną ścianą: zamiast do pokoi, musieliśmy od razu iść na obiad, który jeszcze nie został przygotowany, a który dostarczono nam zimny. Gdy przeżuwałam zimny makaron, do sali niczym rzymski cesarz wszedł zadowolony z siebie pilot. A, że miałam go serdecznie dość, szybko i bez słowa pożegnania, udałam się do pokoju mając nadzieję, że nigdy więcej nie będę miała do czynienia z tym człowiekiem! Ostatni dzień do wyjazd o 4:40 sprzed hotelu i transfer na lotnisko. Pakietu śniadaniowego nie otrzymałam. To cud, że nie zapomniano kolejny raz przewieźć mnie przez granicę i z siniejącą ręką odstawiono na lotnisko. Po powrocie do domu usunęłam wszystkie zakładki ze stronami wycieczek Rainbow, które mnie zainteresowały. Nie mam ochoty podróżować z biurem, które ma gdzieś moje zdrowie i bezpieczeństwo!
0.5/6
Czy ta opinia była pomocna?
Nigdy więcej
Halina 17.08.2018 | Termin pobytu: wrzesień 2018 | Tagi: 46-55 lat, ze znajomymiFatalne hotele. Brudne. Jeden śmierdzący. Był też jeden motel. Nawet nie było gdzie walizki postawć. Wyżwisnie tylko w jednym hotelu było przyzwoite. W pozostałych zimny kurczak na obiad i wyschnięte frytki, albo filet z kurczaka. Pilotka w dniu zwiedzania Medjugorie opowiadała o islamie, zapewniając że to religia pokoju. O objawieniach nic nie mówiła, za to islam omówiła dokładnie. Trudno się było doprosić aby zorganizowała czas wolny w niedzielę, aby wierzący mogli pójść na Mszę św. W końcu znalazł się czas i polowa wycieczki mogła udać się na, jak to nazwała „swoje aktywności”. Byla nieprofesjonalna, obrażona, źle przygotowana. Chciała nam zafundować nocny przejazd. Dopiero po zdecydowanym naszym sprzeciwie znalazł się hotel o przyzwoitej porze. Dwóch przewodników dobrych, dwóch bardzo marnych. Więcej juź nie wybiorę tego biura.