George Town to stolica wyspy Penang i miasto, które zaskoczy Was niezależnie od tego, czego szukacie w podróży. Miłośnicy architektury znajdą tu kolonialne kamienice z misternie zdobionymi fasadami i domy na palach pamiętające czasy emigrantów. Fanów sztuki ulicznej przyciągają interaktywne murale, które stały się symbolem miasta na całym świecie. A ci, którzy przyjeżdżają głównie dla jedzenia – i takich nie brakuje – twierdzą, że George Town to najlepsza kuchnia uliczna w całej Azji.
Do tego dochodzi coś, czego nie znajdziecie w wielu miejscach: meczet, kościół anglikański, hinduska świątynia i chiński dom klanowy stojące przy tej samej ulicy – i wszystkie wciąż czynne. George Town to miasto, w którym kilka kultur funkcjonuje obok siebie od stuleci i każda z nich zostawiła tu coś trwałego.
Sprawdźcie, co czeka na Was w George Town!
W tym artykule przeczytasz o:
George Town to stolica jednej z najpopularniejszych wysp Malezji – Penang. Miasto łączy wpływy chińskie, hinduskie i malajskie, do których dochodzi wyraźna spuścizna brytyjskiego kolonializmu. Ten wielokulturowy charakter jest tak wyjątkowy i dobrze zachowany, że w 2008 roku historyczne centrum George Town zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO – nie tylko za architekturę, ale za „żywe dziedzictwo” ludzi, którzy tu mieszkają i pracują.
George Town słynie przede wszystkim z ulicznej sztuki – interaktywnych murali i żelaznych rzeźb rozsianych po historycznym centrum. Miasto jest też uznawane za kulinarną stolicę Malezji, gdzie w hawker centres znajdziecie dania będące mieszanką trzech wielkich kuchni Azji: chińskiej, malajskiej i indyjskiej. Część z nich jest charakterystyczna wyłącznie dla wyspy Penang.
Osobną atrakcją są Jetty – osady domów na palach zbudowane nad wodą przez chińskich emigrantów w czasach kolonialnych, zamieszkałe do dziś. Uzupełnieniem są chińskie domy klanowe, hinduskie świątynie, meczety i kościoły kolonialne – wszystkie skupione na niewielkim obszarze Starego Miasta.
Stolicę wyspy Penang najlepiej zwiedzać pieszo. Bez względu na pogodę – przed słońcem i deszczem chronią charakterystyczne five-foot-ways, czyli zadaszone chodniki biegnące wzdłuż parterów budynków. To rodzaj arkad tworzących pasaż handlowy, które nie tylko chronią przed pogodą, ale same w sobie są atrakcją architektoniczną i zdecydowanie umilają spacerowanie po mieście. A zatem – ruszamy na spacer po stolicy wyspy Penang!
Ulica Ormiańska – znana też pod nazwą Lebuh Armenian – to zdecydowanie serce George Town. To właśnie tutaj można poczuć, jak historia miesza się ze współczesnym stylem życia. Ulica pełna jest kolorowych domów handlowych z pięknymi zdobieniami, połączonych wspomnianymi wcześniej five-foot-ways. Nazwa pochodzi od kupców ormiańskich, którzy osiedlili się tu na początku XX wieku. Z czasem ich miejsce zajęły chińskie rodziny, wypełniając zabytkowe budynki warsztatami rzemieślniczymi, sklepami i rękodziełem.
Znajdziecie tu galerie sztuki, antykwariaty, sklepy z pamiątkami i autentyczne warsztaty rzemieślnicze. Wiele budynków kryje klimatyczne kawiarnie serwujące tradycyjną kawę kopi i inne lokalne specjały. W weekendy ulica ożywa podczas jarmarków – pojawiają się stragany z jedzeniem i rękodziełem artystycznym, a całości dopełniają uliczne występy.
Będąc na Armenian Street, na pewno nie umknie Waszej uwadze duża liczba murali, z których słynie miasto. To właśnie tutaj narodziła się uliczna sztuka George Town – o której przeczytacie w dalszej części artykułu.
Jeśli George Town słynie w Malezji z architektury kolonialnej, to Peranakan Mansion jest tego idealnym przykładem. Pieczołowicie odrestaurowana rezydencja pozwala przenieść się w czasy dziewiętnastowiecznych elit mieszkających na wyspie Penang. Dziś budynek mieści muzeum, które polecam odwiedzić z lokalnym przewodnikiem – opowiada fascynujące anegdoty z życia osób żyjących według rygorystycznej etykiety.
Kim byli ci ludzie? Baba-Nyonya, zwani też Perakanami, to potomkowie chińskich imigrantów, którzy żenili się z lokalnymi kobietami. Stworzyli unikalną hybrydę kulturową: mówili po malajsku, ale wyznawali chińskie tradycje. Jedli pikantne azjatyckie potrawy, ale ich stroje i domy ociekały europejskim przepychem. Stanowili bogatą elitę handlową regionu – stąd grzecznościowe określenie Baba-Nyonya, oznaczające w języku malajskim „Pan i Pani”.
Peranakan Mansion jest ucieleśnieniem tej wielokulturowości. W labiryncie bogato zdobionych pokojów znajdziecie chińskie rzeźbione panele z drewna, szkockie balustrady sprowadzone z Glasgow, angielskie kafelki, wiktoriańskie meble, włoskie posągi i chińską świątynię klanową. Olśniewająca jest tu kolekcja biżuterii i strojów. Przepych tego miejsca wielokrotnie służył jako plan zdjęciowy azjatyckich filmów i seriali.
Chińscy emigranci na wyspie Penang poradzili sobie doskonale z dala od ojczystego kraju, tworząc wspomnianą kulturę Baba-Nyonya. Ale nie zerwali z rodzinnymi stronami i korzeniami – tworzyli Kongsi, czyli chińskie domy klanowe funkcjonujące jako zorganizowane stowarzyszenia osób o tym samym nazwisku lub pochodzących z tego samego regionu w Chinach. Zapewniały członkom opiekę, bezpieczeństwo i wsparcie finansowe w nowym kraju. Były duchowym, rodowym i materialnym sercem danej rodziny.
Najlepszym przykładem takiego domu – nie tylko na wyspie Penang, ale i w całej Malezji – jest Khoo Kongsi. Spektakularny dom klanowy, którego bogactwo zdobień według legendy miało wywołać gniew bogów. Gniew ten objawił się pożarem pierwszego budynku z 1894 roku, którego architektura dorównywała ponoć samemu pałacowi cesarskiemu w Chinach. Obecny budynek pochodzi z 1906 roku – i choć ponoć skromniejszy, wygląda jak szczyt luksusu. Już sam dach jest arcydziełem: rzeźby smoków, feniksów i mistycznych zwierząt ułożone w mozaiki z tłuczonej porcelany. W środku złote ołtarze z tabliczkami upamiętniającymi przodków klanu Khoo. Przed głównym budynkiem znajduje się dziedziniec ze sceną teatralną, gdzie do dziś odbywają się tradycyjne występy.
Peranakan Mansion i Khoo Kongsi są wyrazem potęgi elity i sukcesu, jaki osiągnęli na Półwyspie Malajskim chińscy emigranci, dorabiając się między innymi na handlu przyprawami i cyną. Ale nie każdy z nich miał tyle szczęścia. Wielu mieszkało w tzw. Jetty – domkach na palach zbudowanych nad wodą przez pracowników portowych, którzy chcieli być jak najbliżej przepływających statków. Ziemia była opodatkowana i nie każdego było stać na dom na lądzie. Budując domy nad wodą, unikali opłat za nieruchomości – technicznie nie mieszkali na lądzie, tylko na morzu.
Życie na pomostach nie było łatwe. Nie było bieżącej wody ani kanalizacji. Drewniane konstrukcje były stale zagrożone pożarem, który w kilka minut mógł strawić całe molo. Każdy pomost miał swoją świątynię klanową – miała chronić rodzinę przed siłami natury i zapewnić pomyślność w handlu. Zespoły domów tworzyły klany rodzinne – każde molo należało do innej chińskiej rodziny.
Dziś Jetty stały się jedną z topowych atrakcji George Town. Pomosty nadal są podzielone według nazwisk klanów, a najsłynniejszym z nich jest Chew Jetty. W czasach kolonialnych klan Chew zdominował handel w porcie, kontrolując załadunek i rozładunek statków. Widać to do dziś – Chew Jetty wyróżnia się znacznie spośród siedmiu pomostów George Town. Zaraz po wejściu napotkacie świątynię klanową, będącą sercem społeczności.
Ciekawostką jest, że w 9. dzień Nowego Chińskiego Roku obchodzi się tu najhuczniej święto narodzin Boga Niebios. Pierwszą połowę pomostu zajmują sklepiki turystyczne – z pamiątkami i słynnymi na wyspie lodami. Warto jednak wejść dalej, gdzie miejsce straganów zajmują autentyczne domy mieszkańców, a w tle rozpościera się widok na Cieśninę Penang.
Fort Cornwallis jest najstarszą brytyjską budowlą w całej Malezji – i kryje sporo ciekawych legend i anegdot. Mimo że wygląda na solidną twierdzę, nigdy nie wziął udziału w żadnej bitwie. Zbudowany w celach obronnych w 1786 roku, zamiast odpierać ataki służył głównie jako punkt administracyjny i magazyn.
Patrząc na fort z góry, zobaczylibyście, że ma kształt czworobocznej gwiazdy – układ typowy dla architektury obronnej tamtego okresu. Wewnątrz murów stoi latarnia wyglądająca jak maszt statku. To druga najstarsza latarnia w Malezji – i co ciekawe, wciąż sprawna.
Co jeszcze warto zobaczyć? „Magiczne działo” – największe działo w forcie, odlane z brązu, któremu przypisywano moc pomagania bezpłodnym kobietom w zajściu w ciążę. Dotykały go symbolicznie i składały przy nim kwiaty. W forcie znajdziecie też posąg Francisa Lighta – założyciela fortu, którego artysta tworzący pomnik nigdy nie widział. Wzorował się na jego synu Williamie. W dawnych celach więziennych i magazynach prochu można poczuć chłodną atmosferę minionych lat.
Historyczne centrum George Town od 2008 roku znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Nie chodzi tu tylko o budynki, ale o żywe dziedzictwo – mieszkających i pracujących tu ludzi. Wciąż działają tu tradycyjne warsztaty rzemieślnicze, gdzie wyrabia się kadzidła, naprawia stare zegarki czy szyje tradycyjne buty – co w zglobalizowanym świecie jest prawdziwą rzadkością. Przyglądanie się temu codziennemu życiu jest jednym z najlepszych podróżniczych doświadczeń, jakie czekają na turystów.
Jednym z takich miejsc jest Dzielnica Hinduska. Już po przekroczeniu jej granicy uderzy Was miks doznań: słodkie zapachy kadzideł, kolorowe witryny sklepowe i głośna muzyka Bollywood. Little India to kulinarny raj – znajdziecie tu jedne z najlepszych dań hinduskiej kuchni w Malezji. Warto spróbować Teh Tarik – herbaty z mlekiem skondensowanym, którą sprzedawcy przelewają z naczynia do naczynia z dużej wysokości, tworząc charakterystyczną piankę.
Little India to jednak nie tylko turystyczne miejsce. To żywe centrum handlowe lokalnej społeczności: sklepy z przyprawami, stoiska z girlandami świeżych kwiatów używanych jako dary świątynne, salony z henną, gdzie w kilka minut możecie ozdobić sobie dłonie misternym wzorem. Wszystko to sprawia, że Little India dodaje George Town wyjątkowej, egzotycznej energii.
Na ulicy Jalan Masjid Kapitan Keling możecie zobaczyć jednocześnie kościół, meczet, hinduską świątynię i chiński dom klanowy niemal obok siebie. Uwielbiam te momenty, kiedy stoję na ulicy i przyglądam się pracy chińskiego stolarza, słysząc jednocześnie nawoływanie do modlitwy muezina z pobliskiego meczetu. Obok przejeżdżają malajscy rikszarze, naprzeciwko w małej świątyni Chińczycy palą kadzidełka, a po drugiej stronie ulicy swoimi sprawami zajmują się Hinduski ubrane w różnokolorowe sari. Wszystko dzieje się właściwie w jednym momencie! Z mnogości świątyń różnych religii, polecam zobaczyć choćby te wybrane.
Meczet położony w sercu dzielnicy muzułmańskiej. Zbudowany w 1801 roku dla indyjskich muzułmanów, był pierwszym murowanym meczetem w mieście. Rozbudowywany przez dekady, łączy wpływy indyjskie, mauretańskie i kolonialne. Widoczne z daleka czarne kopuły, otynkowana na biało fasada oraz charakterystyczny minaret, liczne łuki i kolumnady – to wizytówka tej budowli. Będąc na miejscu, pamiętajcie o stosownym stroju – przy wejściu zazwyczaj dostępne są bezpłatne szaty i chusty.
Wracamy na chwilę do Little India. W samym jej centrum znajduje się najstarsza hinduistyczna świątynia miasta. Budynek z 1883 roku poświęcony jest bogini Mariamman, popularnej w południowych Indiach patronce chroniącej przed chorobami i nieszczęściami. Charakterystycznym elementem jest 7-metrowa wieża bogato ozdobiona 38 kolorowymi rzeźbami bóstw, żołnierzy i motywami kwiatowymi. W środku panuje nastrojowy, nieco mroczny klimat sprzyjający kontemplacji. Jeśli traficie na religijne święto, miejsce rozbrzmiewa muzyką i światłami.
Kościół św. Jerzego znajduje się zaledwie kilka minut spaceru od świątyni Sri Mahamariamman. To najstarszy anglikański kościół w całej Azji Południowo-Wschodniej, wybudowany w 1818 roku. Zupełnie inny klimat niż kolorowa hinduistyczna świątynia – biały budynek w stylu neoklasycznym przypomina o brytyjskiej przeszłości miasta. Jasne, surowe wnętrze. Jeśli poczujecie się chwilowo zmęczeni zgiełkiem miasta, to idealne miejsce na chwilę wytchnienia.
George Town słynie z niezwykle ciekawych murali, które nie są tylko obrazami na ścianie ani klasycznym graffiti – wiele z nich jest interaktywnych. Do namalowanych postaci dołączone są prawdziwe przedmioty: rowery, motocykle, krzesła. Większość znajdziecie na ulicach Lebuh Armenian, Lebuh Chulia oraz Lebuh Muntri.
Autorem najbardziej znanych jest Ernest Zacharevic – litewski artysta sztuk wizualnych. Jego interaktywne prace, łączące malarstwo z realnymi obiektami, ożywiły historyczne centrum miasta i stały się ikonami sztuki ulicznej. Do najbardziej znanych należą: „Little Children on a Bicycle” na Armenian Street – symbol miasta, „Boy on a Motorbike” na Ah Quee Street oraz „Little Girl in Blue” – dziewczynka kung-fu wkomponowana w okna.
Jeśli podczas szukania murali w George Town zauważycie na ulicach charakterystyczne czarne rzeźby wykonane z prętów żelaza – odkryjecie kolejny symbol street artu miasta. Rzeźby przypominające karykatury lub postaci z komiksów umieszczone są na ścianach zabytkowych budynków i każda z nich opowiada historię lub anegdotę związaną z ulicą, przy której stoi.
Projekt powstał w 2009 roku i miał na celu opowiedzieć historię miasta w nieoczywisty sposób. I zdecydowanie się to artystom udało. Na Cannon Street znajdziecie karykaturę człowieka uciekającego przed kulą armatnią – nawiązanie do zamieszek z 1867 roku. Na Lebuh Chulia rzeźby opowiadają o dawnych zawodach: nosiwodach i rikszarzach, którzy dominowali w tej dzielnicy. Historie opowiedziane są w sposób przystępny, a czasem dowcipny – bez konieczności czytania tablic, jak to zwykle bywa.
W tak ciekawym miejscu jak George Town atrakcją jest nie tylko zwiedzanie, ale także doświadczenia, jakie można tu przeżyć. Skorzystajcie z kilku polecanych, aby w pełni poczuć klimat miasta – na długo zostaną Wam w pamięci.
Pisałem wyżej, że jednym z dawnych zawodów w George Town był rikszarz. W sumie to skłamałem, bo ten zawód nadal istnieje! To jedna z najbardziej ikonicznych atrakcji w mieście. Choć George Town jest nowoczesne i ma rozwinięty system komunikacji, riksze przetrwały i obok spaceru po starówce z listy UNESCO są nostalgicznym sposobem na zwiedzanie miasta.
Jak to wygląda? Siedzicie z przodu przed kierowcą, który jest jednocześnie Waszym przewodnikiem – daje Wam to niezakłócony widok na okolicę, a czasem bywa zastrzykiem adrenaliny, gdy rikszarz wjeżdża na ruchliwą ulicę. Riksza porusza się powoli, co pozwala na dokładne zwiedzanie i robienie zdjęć. Jedna riksza mieści zazwyczaj dwie dorosłe osoby.
Popularne są przejażdżki tematyczne – trasą street artu lub trasą świątyń. Jeśli chcecie wesprzeć lokalną społeczność, wybierzcie starszych rikszarzy, dla których ta praca często jest jedyną formą zarobku. Taka przejażdżka nie tylko daje lepsze doświadczenie miejsca niż klimatyzowany grab, ale dodatkowo pozwala zachować lokalną tradycję. Warto!
George Town jest uznawane za kulinarną stolicę Malezji. Tutejsze jedzenie to fascynujący miks wpływów chińskich, malajskich i indyjskich – wiele dań jest spotykanych tylko na wyspie, co jest dodatkową atrakcją dla turysty. Kuchni tej spróbujecie w hawker centres, czyli ulicznych centrach jedzenia.
Skoro George Town jest miastem portowym, zacznijmy od kuchni morza. Char Kway Teow to smażony makaron ryżowy z krewetkami, małżami, jajkiem, szczypiorkiem i kiełbasą. Wszystko smaży się w woku na dużym ogniu, co daje potrawie charakterystycznego smaku. Assam Laksa to kwaśno-pikantna zupa rybna z grubym makaronem ryżowym, trawą cytrynową, imbirem i ananasem – smaku dopełnia pasta z krewetek. Jedna z moich ulubionych zup! Polecam.
Pisałem o kulturze Nyonya, warto więc wspomnieć o smakach tej tradycji. Curry Kapitan to gęste, kremowe curry z kurczaka – łagodniejsze niż indyjskie, ale o świetnym smaku dzięki liściom limonki. Otak-otak – pod tą łatwą dla polskiego turysty nazwą kryje się mus rybny z mleczkiem kokosowym i ziołami, zawinięty w liść bananowca i gotowany na parze lub grillowany. Symbolem kulinarnym całej wyspy Penang jest Nasi Kandar – choć mieszanka ryżu, kilku rodzajów curry i mięs z warzywami wygląda chaotycznie, smakuje wyśmienicie.
Na koniec coś na deser. Nyonya Kuih to galaretowate ciasteczko na bazie ryżu, kokosa i pandanu – kolorowe, układane w miseczkach, wyglądają niemal jak dzieła sztuki. Malezja jest gorąca i wilgotna, przyda się więc coś na ochłodę: Cendol, czyli miseczka kruszonego lodu z mleczkiem kokosowym, cukrem palmowym, zielonymi kluseczkami pandanu i czerwoną fasolą – najpopularniejszy deser na wyspie. I na koniec white coffee – kawa palona z margaryną, co daje jej kremowy, niemal karmelowy posmak. Specjalność całego Penang.
Gdzie szukać tych dań? Popularne miejsca to New Lane Hawker, CF Food Court oraz Chulia Street – ulica, która wieczorem zamienia się w jadłodajnię pod gołym niebem. Nie szukajcie eleganckich restauracji – najlepsze smaki są tam, gdzie zobaczycie kolejki i plastikowe krzesła.
To niesamowite uczucie, kiedy spacerujesz molo z tradycyjnymi domami na wodzie, wypełnionymi dziś sklepami pamiątkowymi i restauracjami, a dosłownie obok toczy się normalne życie mieszkańców. Drzwi domów są często otwarte – ich mieszkańcy jedzą obiady, oglądają telewizję, dzieci bawią się lub opiekują sobą nawzajem. Większość nie zwraca większej uwagi na turystów. Warto jednak pamiętać, że boczne uliczki pomostów to prywatne podwórka i tę prywatność należy uszanować.
Jeśli chcecie poczuć bardziej autentyczną atmosferę, polecam Tan Jetty lub Lee Jetty – znacznie spokojniejsze od Chew Jetty i w dużej mierze pozbawione turystycznych straganów. Są za to stare ołtarzyki domowe, klatki z ptakami, na sznurach suszy się pranie, widać rybaków naprawiających sieci. Taki spacer to podróż do czasów kolonialnych i podglądanie życia mieszkańców na wodzie.
George Town to miasto, które trudno ogarnąć w jeden dzień – i właśnie to jest jego największa zaleta. Kolonialna architektura, uliczna sztuka, świątynie kilku religii, domy na palach i jedne z najlepszych hawker centres w Azji – każda z tych atrakcji zasługuje na czas i uwagę. A najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że większość z nich skupiona jest na niewielkim obszarze Starego Miasta, gdzie wystarczy wyjść na ulicę i zacząć się rozglądać.
Nie ma tu jednej właściwej kolejności zwiedzania ani obowiązkowej listy, którą trzeba odhaczać. George Town nagradza ciekawość i spontaniczność – czasem najciekawsze odkrycia czekają za rogiem, wystarczy dać ponieść się ciekawości. Jedno jest pewne: to miasto, do którego wracasz myślami długo po powrocie.
George Town możecie zobaczyć na własną rękę podczas wczasów na Penang – wyspa jest doskonałą bazą wypadową do miasta, a George Town to zaledwie kilkanaście minut drogi od najpopularniejszych plaż. Dla tych, którzy chcą poznać Malezję szerzej, miasto bywa przystankiem na naszych wycieczkach objazdowych po Malezji – i jednym z etapów, który zostaje w pamięci dłużej.
Sprawdźcie pełną ofertę wakacji w Malezji z Rainbow i zarezerwujcie swój wyjazd już dziś!
Zobacz inne o: