< WSTECZ
R.pl > Blog > Zainspiruj się > Czar orientu, czyli jak zauroczył mnie Ubezkistan

Czar orientu, czyli jak zauroczył mnie Ubezkistan

Skrócony opis

Wyciągam z szafy jedwabny szalik, bo na dworze już zimno. Gdy latem kupowałam go na jednym z uzbeckich bazarów, już wtedy wiedziałam, że będzie świetnie pasować do płaszcza. I nie pomyliłam się! Barwne ornamenty, niczym jesienny wiatr, przywiały wspomnienia mojej ostatniej wyprawy do Uzbekistanu – państwa na Jedwabnym Szlaku, słynącego z pięknych medresów, pysznego pilawu i gościnnych ludzi.

Sekcja 1

Jedwabnym szlakiem. Orientalna Samarkanda

Samarkanda, w wolnym tłumaczeniu oznacza ‘kamienny gród’. Faktycznie, niegdyś tutejszymi traktami ciągnął sznur handlarzy, transportujący Jedwabnym Szlakiem cenne tkaniny i kruszce. Dziś miasto jest przede wszystkim turystyczną perełką dla europejskich mieszczuchów, spragnionych egzotyki i orientu w wydaniu last minute, co w żadnym wypadku nie jest zarzutem 😉

Nie jestem rannym ptaszkiem, ale wizja zwiedzania Placu Registan wśród tłumu wszechobecnych turystów skutecznie zachęciła mnie do podniesienia się z łóżka wcześniej. Lekko po 6.00 byłam już na nogach, gotowa do odwiedzenia jednego z najbardziej wyczekiwanych punktów na mojej osobistej, turystycznej mapie Samarkandy 😊



Registan, oznaczający Miejsce Przysypane Piaskiem, błyszczy blaskiem i architektonicznym kunsztem, których nie powstydziłby się chyba żaden twórca. Plac z trzech stron otoczono medresami – z zachodu zamyka go Uług Bega, ze wschodu Szir Dar, a z północy Tillja Kari. Każda z nich jest wyjątkowa. Te trzy córy orientu zdolni twórcy pokryli od góry do dołu ceramicznymi płytkami z motywem błękitu, charakterystycznym dla tego stylu. Uwagę przyciągają geometryczne mozaiki i motywy gwiazd oraz – a jakże! – wielka turkusowa kopuła Tillji Kari. Musicie wiedzieć, że nie zawsze plac wyglądał tak doniośle – kiedyś był targowiskiem, potem przeprowadzano na nim publiczne egzekucje, a na koniec przeszedł renowację, by wyglądać najpiękniej jak się tylko da.

Na terenie kompleksu mieści się Państwowe Muzeum Sztuki – widziałam tu wyjątkowe malowidła ścienne z Afrasivab oraz sarkofag Timura Chromego (przeszedł do historii jako sponsor budowy meczetu Bibi Chanum). Po zwiedzaniu cudnych perełek Samarkandy przeszłam się na targ Siab, żeby skosztować soczystych winogron i brzoskwiń. Przechadzanie się po lokalnych bazarkach ma dla mnie nie mniejszy urok niż zwiedzanie starożytnych budowli. W pierwszych życie toczy się cały czas, w drugich – jakby nie było – odgruzowujemy przeszłość, napawając się widokiem skarbów sprzed wieków i chroniąc je przed zapomnieniem.






Meczet Bibi Chanum budowano w pośpiechu. Aby robotnicy szybciej się uwijali, Timur Chromy motywował ich na bieżąco podarkami w postaci złotych monet i smakowitych, mięsnych kąsków. Co nagle to po diable – przekonał się Timur, gdy krótko po zakończeniu budowy ściany meczetu, nie robiąc sobie nic z potęgi fundatora, po prostu runęły.

Choć muzułmanie, w myśl swojej wiary, stronią od alkoholu, to jednak w Uzbekistanie produkuje się wino. Tradycja robienia trunku sięga tu 1868 roku. W błękitnym, wystawnym, choć wiekowym, budynku udało mi się co nieco popróbować tutejszych win. Degustacja kosztuje 50 tysięcy sumów. Warto!😉




Mauzoleum Gur-e-Amir. Ostatni adres Timura Chromego

Na mapie mojej wycieczki nie mogło zabraknąć i tego. Nie dość, że budowla zachwyca, gdy patrzy się na nią z zewnątrz, to wywołuje spore emocje, gdy zagląda się do środka. Jest zupełnie inna od znanych mi - z kultury chrześcijańskiej - krypt grobowych. Mauzoleum stało się ostatnim adresem dla Timura Chromego – jego cenotaf, czarny jak węgiel, został wykonany z nefretytu – i to egzemplarza największego na świecie! Niestety nie zdołał przetrwać do dziś. Obok Timura spoczywają synowie i wnuki władcy.



Taszkent – cudowna stolica

Od kilku lat marzyłam, żeby zwiedzić Taszkent i jego największą perełkę architektoniczną – Muzeum Sztuk Pięknych. Ta wyjątkowo wspaniała, dość niska budowla o niezwykle ozdobnej elewacji jest idealnym obiektem do zdjęć 😊 Zewnętrzne ściany budynku pokrywają misterne zdobienia z błękitną ceramiką w roli głównej – typowe dla sztuki islamu, często spotykane w medresach. Wejście do środka kosztowało mnie 15 tysięcy somów. Było warto – zwłaszcza że mogłam podziwiać nie tylko bogatą kolekcję dzieł sztuki, ale też finezyjnie zdobione wnętrza, które pokrywają wiekowe dekoracyjne płytki. Świetnie wyeksponowano tu suzani – czyli to, co po polsku potocznie nazywamy kilimami czy dywanami wieszanymi na ścianach. Aż dziw bierze, ile cierpliwości miały tkaczki, które wykonały te przepiękne dekoracyjne tkaniny. Każdy wzór jest charakterystyczny dla danego regionu. To jednak nie wszystko. Muzyka to jedna z moich największych miłości. Bardzo się ucieszyłam, gdy okazało się, że Muzeum Sztuk Pięknych skrywa niemały zbiór uzbeckich instrumentów muzycznych. Po atrakcjach dla oczu przyszedł czas na coś dla ciała. W zacienionym ogrodzie mogłam w spokoju napić się aromatycznej kawy.







Po chwili odpoczynku ruszyłam na bazar. Po prostu nie mogłam go sobie odpuścić! Ogromnych rozmiarów targ z lokalnymi owocami, warzywami i mięsem znajduje się w imponującym budynku przykrytym ogromną, turkusowo-granatową kopułą. Mogłabym tu spędzić godziny, ale musiałam ruszać dalej. Na trasie wycieczki zahaczyłam jeszcze o Muzeum Emira Timura, w którym widziałam wspaniałe makiety meczetów, w tym miniaturę Tadż Mahaj w Indiach, którą wznieśli potomkowie Timura. Przed budynkiem dumnie prężył się Emir Timur na koniu – oczywiście w charakterze pomnikowej figury.

Khiva Restaurant (1 Navoi Avenue)

Ostatnie, co zrobiłam po opuszczeniu Taszkentu, to znalezienie knajpki, w której mogłabym odpocząć i zregenerować siły. Swoje kroki skierowałam wprost do Khiva Restaurant, polecanej przez gości i blogerów. Urocza restauracja w rezydencji Hyatt okazała się strzałem w dziesiątkę. Świetna kuchnia, ogromne porcje na talerzu i lokalny klimat. Wrażenia jak najbardziej na plus.








Od 1 lutego 2019 roku nie potrzebujecie wizy, żeby spokojnie zwiedzić Uzbekistan.

Dawniej każda młoda mieszkanka Uzbekistanu, którą wydawano za mąż, musiała mieć minimum 10 suzani w swoim posagu. Utkanie jednego było zajęciem czasochłonnym i najsprawniejszym zajmowało co najmniej 7 miesięcy. W zależności od stopnia skomplikowania mogło pochłonąć nawet rok. Ze względu na ogrom pracy, już kilkuletnie dziewczynki zaczynały tkać swoje suzani, aby krótko po osiągnięciu pełnoletności być gotowymi na zamążpójście.

Parandża to tradycyjny uzbecki kobiecy strój, na noszenie których komuniści rosyjscy się nie zgodzili. Dziś zobaczycie je w lokalnym muzeum.




Buchara – „miasto muzeum”

Wiecie, że mam ogromną słabość do miast. Kocham ich zmienną dynamikę, kolor, zapach i klimat, które przenikają każdego, kto znajdzie się w ich centrum. Do Buchary podchodziłam sceptycznie – bałam się, że piękne opowieści o niej przerosną to, co faktycznie wkrótce dane mi będzie zobaczyć. Po prostu nie chciałam się rozczarować, wolałam pozytywnie się zaskoczyć.


• Buchara ma ponad 100 medresów.

• W Uzbekistanie jada się bardzo dużo zup (całkiem tak, jak w Polsce!). Wśród najpopularniejszych jest Oseyo, czyli zupa na chlebie i mięsie.

• Jednym z lokalnych dań jest masshurda. Znajduje się w nim fasola mun, znana z dalej położonych krajów azjatyckich.

• Na targowisku w Uzbekistanie znajdziecie coś wyjątkowego – żółtą marchew 😊




Chlebek non z pieca tandyr, lagman, pilaw i samosy, czyli smaki kuchni uzbeckiej

A skoro już przy kuchni jesteśmy, muszę Wam powiedzieć, że jej podstawą jej non, chleb przygotowywany w tradycyjnym piecu tandyr. Odgrywa bardzo ważna rolę, gości na stole codziennie i jest podawany niemal do każdego posiłku. Najlepiej smakuje jeszcze ciepły, posmarowany masłem lub maczany w jogurcie.

Nie samym chlebem człowiek żyje. Popularny w tej części świata jest też pilaw. Jego lokalna wersja składa się z ryżu, marchewki, mięsa, cebuli, a także soczewicy i orzechów.



Moja recenzja restauracji Caravan

Żeby się przekonać, jak tu się jada, weszłam do restauracji Caravan. Wiele dobrego słyszałam o tym miejscu – głównie od znajomej, która raz już tu była. Moją uwagę już od wejścia przykuły ozdobne dzbanuszki z przelewającą się wodą, będące częścią ozdobnego miniaturowego młyna wodnego. Salę stanowi przestrzeń z lożami, przedzielonymi ażurowymi przepierzeniami. Na sofach leżą tkaniny w tradycyjne, uzbeckie wzory. Gdy już wybrałam sobie miejsce, sięgnęłam do karty, a tam różności: Samosy nadziewane baraniną, lagman (rodzaj tutejszego spaghetti, potrawa z ręcznie robionym makaronem, smażonym mięsem i warzywami) oraz pierożki podobne do tego, co w Polsce określa się mianem mant. Wybór był trudny, ale ostatecznie padło na lagman. Dostałam go na ceramicznym, kolorowym talerzu. Wszystko było w nim autentyczne, lokalne, dobrze doprawione i zwyczajnie smaczne! Mój chłopak zamówił dużą porcję samosów, które przypominają to danie kuchni indyjskiej. Posypane czarnym sezamem, kryją w sobie nadzienie z mięsa baraniego. Próbowałam i muszę przyznać, że są całkiem niezłe.

Z wizytą w uzbeckim domu

Podróżując ze znajomymi miałam to szczęście, że mieli kontakty w Uzbekistanie, dzięki czemu mogliśmy gościć w jednym z domów i mieć okazję spróbować, jak jada się na co dzień. Zgodnie z tradycją, gospodyni przygotowała pierożki Barak, które kształtem przypominają uszka, a nadzieniem pielmieni. Podaje się je na dwa sposoby: gotowane w wodzie i podawane z masłem i śmietaną lub smażone na chrupiąco, na głębokim tłuszczu. Związany jest z nimi ciekawy zwyczaj: wśród wszystkich pierożków jest jeden, którego nadzienie zostało mocno przyprawione (prawdopodobnie curry). Ten, komu trafi się na talerzu ten właśnie pierożek, może liczyć na wielkie szczęście. Tym razem powędrowało ono do chłopaka mojej przyjaciółki, Pawła. 😉



Chiwa – kraina błękitnej ceramiki i błękitnych medresów

Po tym niemożliwym obżarstwie musieliśmy ruszyć w dalszą drogę, żeby poprawić trawienie i poczuć się lżej. Ruszyliśmy do Chiwy. To miasto zbudowane na dawnym Jedwabnym Szlaku, przez który przechodziło wielu kupców ze swoimi drogocennymi towarami. Zawsze chciałam poczuć prawdziwy orient, a w miejscu dawnej oazy, na piaskach pustyni, nie było to trudne. Żeby wejść na Stare Miasto, czyli Itchan Kala, musiałam zapłacić 100 tysięcy somów. Do miasta dostałam się przez Bramę Ojcowską (Ota Darvoza). Stare miasto w Chiwie jest w klimacie mocno religijnym. Wznoszące się w górę meczety i minarety determinują sylwetkę miasta i stanowią tutaj największą atrakcję turystyczną. Moją uwagę przykuł zwłaszcza minaret Kalta Minor, pokryty turkusową ceramiką. Jego budowniczy zakładał wzniesienie go na wysokość aż 100 metrów, jednak po jego śmierci przerwano budowę, a minaret sięgnął jedynie 30 metrów. Przechadzając się tym starożytnym cudeńkiem przystanęłam przy Kuhna Ark – przepięknej sali ze ścianami gęsto pokrytymi niebieską ceramiką. Dawniej służyła do przyjmowania gości. Świetnie prezentowała się też medresa Mukhammada Rakhim-khana. Obok niej znajdowały się stragany, z kolorowymi tkaninami i pamiątkami. To tu właśnie nabyłam swój kolorowy szal od którego zaczyna się ta opowieść. W okolicy znalazłam też Meczet Juma (piątkowy), którego wnętrze składa się z 213 kolumn. Najstarsze z nich pochodzą z X wieku, a ostatnie z XVII wieku. Jest to jeden z najpiękniejszych medresów w całym kraju. Został zaprojektowany w taki sposób, aby każdy widział się nawzajem w jego wnętrzu.










• Chiwę otaczają mury obronne długości 2-3 kilometrów.

• W Urgenczu, nieopodal Chiwy, 14 lutego 1936 roku na świat przyszła Anna German – znana wokalistka, kompozytorka i aktorka, która swoje życie związała z Polską.

Ocena artykułu

Średnia ocena tego artykułu: 5.00/5
Dziękujemy za wystawienie opinii!

Komentarze

Brak komentarzy.

Polecane wycieczki

Zobacz inne wpisy