Katakumby Paryża – historia, legendy i zaginieni w mieście pod miastem

Pod kawiarnianymi stolikami, pod torami metra, pod brukiem, po którym przelewają się tłumy turystów, Paryż ma swoje drugie dno – i to całkiem dosłownie. Kilkanaście metrów niżej, w wilgotnym chłodzie i niemal zupełnej ciszy, zaczyna się labirynt wykuty w wapieniu, ciągnący się znacznie dalej, niż ktokolwiek zdołał go dotąd opisać. Wystarczy zejść po wąskich schodach spod jednego z placów, żeby światło dzienne zniknęło za plecami, a wraz z nim – pewność, w której części miasta właściwie się jest.

Tym, co najmocniej wciąga w katakumby, nie są jednak ani liczby, ani daty. To raczej poczucie, że schodzi się w miejsce, które wciąż skrywa więcej, niż pokazuje – że za każdym oświetlonym korytarzem ciągnie się ciemność, w której wydarzyło się więcej, niż sugeruje tabliczka informacyjna. Są tu stulecia historii wciśnięte w ściany z ludzkich czaszek. Są legendy, o których do dziś nie wiadomo, gdzie kończy się fakt, a zaczyna mit. Są wreszcie ludzie, którzy zeszli pod ziemię z własnej woli i nigdy nie wrócili. O tym wszystkim – o tym, jak narodziło się miasto pod miastem, co naprawdę kryją jego korytarze i dlaczego wciąż znikają w nich ludzie – opowiada dalsza część tekstu. Warto zejść niżej.

Czym są katakumby i dlaczego tunele Paryża nimi nie są?

Sama nazwa „katakumby” jest tu poniekąd nadużyciem. W ścisłym znaczeniu, jakie utrwaliło się w europejskiej tradycji za sprawą podziemnych cmentarzy chrześcijańskich pod Rzymem, paryskie podziemia katakumbami nie są. Nazwa Catacombes de Paris przylgnęła do nich dopiero w XIX wieku, w atmosferze ówczesnej fascynacji starożytnością; do dziś używają jej zresztą sami Francuzi i nikomu nie przychodzi do głowy z nimi w tej sprawie polemizować, bo i po co.

Paryskie katakumby to jedno z największych ossuariów na świecie – jednocześnie cmentarz, atrakcja turystyczna i materialny ślad kilku różnych epok. Powstały jako wyrobiska wapienia, w drugiej połowie XVIII wieku zaadaptowano je na ossuarium, a w XIX wieku otworzono dla zwiedzających. Podczas II wojny światowej z podziemnej sieci korzystały obie strony konfliktu – francuski ruch oporu urządził punkt dowodzenia w pobliżu placu Denfert-Rochereau, a Niemcy mieli swój bunkier pod Lycée Montaigne.

W korytarzach, których najstarsze partie sięgają czasów cesarstwa rzymskiego, spoczywają szczątki około sześciu milionów ludzi. Jest to liczba w przybliżeniu odpowiadająca dzisiejszej populacji aglomeracji paryskiej.

Trasa turystyczna katakumb obejmuje 1,5 kilometra i biegnie dwadzieścia metrów pod placem Denfert-Rochereau. Cała sieć – co najmniej dziesięciokrotnie więcej, choć ile dokładnie nie wie nikt. Wejście prowadzi z odrestaurowanego klasycystycznego pawilonu, który był niegdyś rogatką celną zwaną Barrière d'Enfer, czyli „Bramą Piekła” – projektu Claude-Nicolasa Ledoux z 1785 roku, splądrowanego i spalonego przez powstańców w lipcu 1789, a następnie odbudowanego pod nazwą Barrière Égalité, „Brama Równości”. Samo wyjście nie ma takiej oprawy – to zwykłe drzwi kilkaset metrów dalej, przy zupełnie innej ulicy, którym nikt nie nadał nazwy. Wewnątrz panuje stała temperatura 14°C niezależnie od pory roku, co jest jedną z niewielu rzeczy, na które w tym miejscu można liczyć z całkowitą pewnością.

Historia paryskich katakumb – od kamieniołomów do ossuarium

Paryż – a wcześniej rzymska Lutecja – rozrastał się na osadach wapiennych, i z tego samego wapienia, który leżał kilkanaście metrów pod stopami mieszkańców, budowano kolejne dzielnice. Najsłynniejsze paryskie atrakcje – Notre-Dame, Luwr, kamienice Marais, mosty na Sekwanie, w późniejszym okresie nawet znaczna część haussmannowskich bulwarów – powstały właśnie z paryskiego wapienia, wydobywanego najpierw odkrywkowo w dolinie Bièvre, a od średniowiecza coraz głębiej, w postaci podziemnych galerii. Czynność ta trwała tak długo i była tak skuteczna, że pod miastem powstała sieć korytarzy o powierzchni ośmiuset hektarów – jedna z największych miejskich sieci podziemnych w Europie, o której z czasem zwyczajnie zapomniano. Aż do 1774 roku, kiedy na dzisiejszej ulicy Denfert-Rochereau (wówczas Rue d'Enfer, czyli „Ulicy Piekielnej”) zapadł się cały kwartał kamienic wraz z mieszkańcami. W reakcji na katastrofę Ludwik XVI 15 września 1776 roku zakazał dalszego wydobycia spod paryskich ulic, a w kwietniu 1777 powołał Inspekcję Generalną Kamieniołomów. Co warto odnotować, instytucja ta nigdy nie została zlikwidowana i do dziś czuwa nad paryskimi podziemiami pod tą samą nazwą.

W tym samym czasie, obok problemu z wyrobiskami, rozgrywał się jeszcze inny. Cmentarze miasta, a zwłaszcza najstarszy i najbardziej obciążony Cmentarz Niewiniątek przy hali Les Halles, od stuleci pełniły funkcję zbiorowych mogił. Zwłoki wrzucano warstwami, ziemia narastała, mur cmentarza piął się coraz wyżej, a sąsiednie kamienice pogrążały się coraz głębiej w cieniu tego nasypu. W 1780 roku jedna ze ścian piwnicy sąsiadującej z Niewiniątkami nie wytrzymała nacisku i do mieszkań Paryżan dosłownie wlały się ciała. Mieszkańcy okolicznych ulic skarżyli się na duszności, wymioty i majaczenia; inspektorzy odkryli, że gazy z rozkładających się zwłok przeniknęły przez ściany piwnic do mieszkań na parterze.

Kryzys sanitarny był nieunikniony, władze Paryża dysponowały jednak wówczas sporym atutem – gotową siecią opuszczonych podziemi.

Dawne kamieniołomy stają się ossuarium

9 listopada 1785 roku zapadła decyzja oficjalna, a 7 kwietnia 1786 roku dawne kamieniołomy Tombe-Issoire zostały konsekrowane jako „Ossuarium Miejskie Paryża”. Operacją kierował Charles Axel Guillaumot, pierwszy inspektor Inspekcji Generalnej Kamieniołomów; Héricart de Thury, którego nazwisko najczęściej kojarzy się dziś z katakumbami, pojawi się tu dopiero później.

W 1786 roku rozpoczęto przewożenie kości pod ziemię i czynność tę kontynuowano z przerwami przez ponad sześćdziesiąt lat – wozami, nocą, w procesji z księżmi i pochodniami, przy recytacji psalmów. Najpierw przeniesiono zawartość Cmentarza Niewiniątek, potem stopniowo siedemnastu innych paryskich cmentarzy parafialnych, w tym Saint-Eustache, Saint-Nicolas-des-Champs i klasztoru Bernardynów; łącznie do katakumb trafiły szczątki ze stu sześćdziesięciu paryskich miejsc kultu i stu czterdziestu pięciu klasztorów. Wśród zmarłych są też ofiary walk rewolucji francuskiej i okresu wielkiego terroru. Transfery zakończyły się dopiero w 1860 roku, podczas haussmannowskiej przebudowy miasta.

Paryskie katakumby jako atrakcja turystyczna

Pierwsze partie szczątków wrzucano do wyrobisk byle jak, dopiero między 1810 a 1814 rokiem, za inspektora Louisa-Étienne'a Héricarta de Thury, ułożono je w te artystyczne wzory, które są dziś znane ze współczesnych fotografii – ściany z czaszek przemieszanych z kośćmi piszczelowymi, geometryczne mozaiki, sentencje wyryte w wapieniu. To właśnie Héricart de Thury zmienił anonimowe podziemne wysypisko w przestrzeń ceremonialną, a katakumby – w atrakcję turystyczną.

Pierwsze oficjalne zwiedzanie odbyło się w 1809 roku, z biletami wstępu dla ciekawskich Paryżan. Znamienici goście trafiali tu jednak już wcześniej – w 1787 roku, jeszcze przed otwarciem dla publiczności, w towarzystwie dam dworu zwiedził katakumby hrabia d'Artois, przyszły król Karol X. Po otwarciu dołączyli kolejni – w 1814 austriacki cesarz Franciszek I, w 1860 Napoleon III ze swoim synem. Literacką sławę paryskim podziemiom przyniósł z kolei Wiktor Hugo, choć jego Jan Valjean ucieka przez miejskie kanały ściekowe, czyli inny z podziemnych światów Paryża niż katakumby. Temu właśnie systemowi pisarz poświęcił w „Nędznikach” obszerny passus, nazywając go „jelitem Lewiatana”.

Z perspektywy dwóch stuleci można powiedzieć, że ossuarium paryskie jest jednym z najwcześniejszych przykładów świadomej muzealizacji śmierci w europejskim mieście. Nie jest to oczywiście perspektywa, którą sami twórcy przedsięwzięcia by zaakceptowali – ich celem była przede wszystkim higiena, a estetyzacja była dla niej jedynie środkiem. Niemniej efekt pozostał ten sam – makabra zaczęła sprzedawać się równie dobrze co romans, co najmniej dwieście lat zanim popkultura uczyniła z niej osobną gałąź rozrywki.

Ile kilometrów mają katakumby Paryża? Trasa zwiedzania i niezbadane tunele

Pytanie o długość paryskich katakumb ma dwie odpowiedzi i jest to jeden z nielicznych przypadków, w których dwie odpowiedzi nie są wynikiem nieporozumienia, lecz różnych perspektyw na to samo pytanie.

Oficjalnie trasa turystyczna katakumb liczy 1,5 kilometra, a jej przejście zajmuje około godziny. Zaczyna się dwadzieścia metrów pod placem Denfert-Rochereau, w korytarzu, w którego ścianach zachowały się rzeźbione w wapieniu tabliczki z nazwami paryskich ulic – kamieniarze umieszczali je tam świadomie, by orientować się, pod którą częścią miasta aktualnie pracują. Wzdłuż trasy znajduje się Hall of Pillars (sala kamiennych filarów wzmacniających strop), korytarz Port-Mahon z rzeźbami w wapieniu, a także Studnia Kamieniarzy – źródło, z którego dawni robotnicy czerpali wodę do mieszania cementu i obmywania się przed wyjściem na powierzchnię. Sama trasa to fragment dawnego ossuarium z czaszkami, tablicami i sentencjami, oświetlony LED-ami, klimatyzowany naturalnie do 14°C, wyposażony w dwa wyjścia ewakuacyjne – krótko mówiąc, tyle, ile administracja miasta uznała za bezpieczne i organizacyjnie znośne dla grup turystycznych.

Cała sieć podziemnych tuneli obejmuje znacznie więcej. Najczęściej podaje się około 300 kilometrów korytarzy, choć część źródeł schodzi do 250, a inne dochodzą do 320. Brak ścisłego konsensusu wynika z dość prozaicznych przyczyn – część korytarzy została zamurowana, część jest zalana wodą gruntową, część leży pod prywatnymi posesjami, do których ekipy inspekcyjne nie zawsze mają dostęp. Pełnej, zaktualizowanej i powszechnie dostępnej mapy podziemi Paryża po prostu nie ma, co zresztą jest jedną z głównych przyczyn, dla których paryskie katakumby pozostają tak atrakcyjnym materiałem dla literatury, filmu, gier i miejskiego folkloru.

Warto przy tym dodać, że pod Paryżem przebiegają w sumie trzy odrębne systemy podziemne, częściowo wzajemnie połączone, częściowo nie. Najgłębsze i najstarsze są kamieniołomy wapienia – te właśnie, które stały się katakumbami. Wapień, z którego są zbudowane, geolodzy określają jako lutet (lub lutetian) – nazwa pochodzi od Lutetii, łacińskiej nazwy Paryża, a międzynarodowy wzorzec stratygraficzny tej formacji ustalono właśnie na podstawie kamieniołomów pod miastem. Czterdzieści pięć milionów lat temu Paryż leżał pod tropikalnym morzem; wapień, w którym dziś chodzą turyści, jest osadem dna tego morza, z odciskami muszli i skamieniałymi szczątkami fauny morskiej. Płycej od kamieniołomów wapienia leżą tunele dawnych kamieniołomów gipsu, eksploatowanych w północnej części miasta. Najpłycej – sieć rzymsko-średniowieczna, czyli akwedukty, piwnice, studnie i krypty kościołów. Razem dają one kilkaset kilometrów podziemnej archeologii, z której dla turystów dostępne jest pół procenta. Resztą interesują się przede wszystkim speleolodzy, inspekcja miejska oraz tak zwani katafile – miłośnicy nielegalnej eksploracji podziemi, o których jeszcze będzie mowa.

Legendy katakumb w Paryżu – Aspairt, Bièvre i druga sieć tuneli

Każde miejsce, które jest jednocześnie ciemne, stare i pełne ludzkich kości, dorabia się swoich legend; paryskie katakumby zdążyły dorobić się ich kilkudziesięciu. Część jest udokumentowana, część jest wyssana z palca, a prawda w części kryje się gdzieś pośrodku.

Najsłynniejsza dotyczy Philiberta Aspairta, odźwiernego szpitala Val-de-Grâce, który w listopadzie 1793 roku zszedł do podziemi, podobno po wino z piwnic klasztoru kartuzów, do którego miało prowadzić tajne przejście. Nie wrócił. Jego szkielet znaleziono jedenaście lat później, w 1804 roku, kilkanaście metrów od jednego z wyjść. Nigdy nie ustalono, czy nie zdążył dotrzeć do wyjścia z braku światła, czy w którymś momencie zrezygnował. Pochowano go w miejscu, w którym leżał, z krzyżem, kratą i tablicą informacyjną. Grób ten jest dziś niedostępny dla zwykłego turysty, a wśród współczesnych katafilów funkcjonuje na prawach pewnego rodzaju sanktuarium – pielgrzymują doń, jak się można domyślić, z poczucia wspólnoty zawodowej.

Innych, bardziej już anegdotycznych wątków jest cała garść. Jedna legenda głosi, że w nieoznaczonych komorach ukryto skarby – relikty rewolucji albo dawnych tajnych stowarzyszeń, których nigdy nie odnaleziono. Inna, dziewiętnastowieczna, mówi o „wyjących murach”, zza których miały dobiegać niepokojące dźwięki. Jeszcze inna tłumaczy szumy w okolicy Châtelet podziemną rzeką przepływającą pod miastem. I akurat w tym ostatnim przypadku legenda spotyka się z faktami w sposób raczej przyjemny – rzeka rzeczywiście istnieje, nazywa się Bièvre, w XIX wieku zakryto ją i wpuszczono w kanalizację, co rzecz jasna nie znaczy, że przestała istnieć.

Najtrwalsza z paryskich legend dotyczy jednak nie pojedynczych historii, lecz samej geografii podziemi. Od stu lat powtarza się, że pod Paryżem istnieje druga, równoległa sieć korytarzy, nieoznaczona na żadnej oficjalnej mapie, znana wyłącznie wąskiej grupie wtajemniczonych. Ile w tym prawdy? Tyle, że jest to teza niesprawdzalna; a niesprawdzalność jest dla legendy zasobem najcenniejszym, ponieważ pozwala jej trwać niezależnie od poziomu wiedzy historycznej w danej epoce.

Zaginieni w paryskich katakumbach – nielegalne eksploracje katafilów

W oficjalnym przewodniku nie ma ani słowa o nielegalnych wyprawach w niedostępną część katakumb i o ludziach, którzy z nich nie wracają. Dla miasta nie jest to atrakcja do opisania, lecz wykroczenie do ścigania, więc z urzędowego punktu widzenia temat zwyczajnie nie istnieje. W internecie jest dokładnie odwrotnie – to jeden z najżywiej dyskutowanych tematów.

Najgłośniejszy przypadek ostatniej dekady miał miejsce w 2017 roku. Dwóch nastolatków, w wieku 16 i 17 lat, zeszło nielegalnym wejściem do podziemi i nie wróciło. Trzy doby później wyciągnięto chłopców wycieńczonych i wychłodzonych, ale żywych. Odnalazły ich nie służby ratownicze, lecz psy tropiące, specjalnie sprowadzone z jednostki Inspekcji Generalnej Kamieniołomów. Po fakcie obaj zeznali, że stracili orientację mniej więcej godzinę po wejściu.

Drugim, bardziej już folklorystycznym przypadkiem jest tak zwane wideo z 2000 roku – kaseta znaleziona podobno przez ekipę służb w jednym z korytarzy. Widać na niej mężczyznę chodzącego z latarką, który w pewnym momencie odwraca się, jakby usłyszał coś za sobą, upuszcza kamerę i ucieka w głąb tunelu. Kamerę odzyskano. Mężczyzny nigdy nie zidentyfikowano. Czy nagranie jest autentyczne, czy zainscenizowane – nie zostało nigdy oficjalnie rozstrzygnięte, co w tym konkretnym wypadku można uznać za stan zadowalający obie strony – amatorów paranormalności oraz amatorów sceptycyzmu.

Niezależnie od tego, jak rzecz się ma z prawdziwością pojedynczych opowieści, jedno jest wiadome – katafile znikają w nich z pewną regularnością. Nie wszyscy ze skutkiem śmiertelnym, lecz wszyscy z momentem paniki, w którym uświadamiali sobie, że pod ziemią telefon komórkowy nie działa, słońce nie wschodzi, a kierunki tracą znaczenie. Skała wapienna tłumi fale radiowe na tyle skutecznie, że nawet najnowocześniejsze urządzenia komunikacyjne są w tych warunkach bezużyteczne.

Katafile tworzą cały system grup, niejednokrotnie zorganizowanych, czasem konkurujących ze sobą o najciekawsze sektory sieci, niekiedy ekscentrycznych do granicy literackiej fikcji. La Mexicaine de Perforation (w skrócie LMDP; po polsku coś jak „meksykańska perforacja”) specjalizuje się w przebijaniu nowych przejść między korytarzami i organizowała pod ziemią pokazy filmowe oraz festiwale sztuki – to jej członkowie urządzili sławną podziemną salę kinową. Mouse House (po polsku „mysi dom”) to z kolei nieformalna grupa złożona wyłącznie z kobiet. Najbardziej tajemnicza jest grupa UX.

Jej konserwatorskie skrzydło, Untergunther, zasłynęło nie tyle eksploracjami podziemnymi, co dyskretnymi interwencjami w najlepiej strzeżonych instytucjach Paryża. W latach 2005-2006 jego członkowie potajemnie dostawali się do paryskiego Panteonu, gdzie spoczywają największe nazwiska francuskiej kultury, i przez rok – w pełnej konspiracji, nocami, z pomocą zawodowego zegarmistrza – restaurowali zepsuty XIX-wieczny zegar. Zegar zaczął działać. Po ujawnieniu sprawy państwo francuskie było tak zażenowane łatwością, z jaką grupa dostała się do gmachu, że wytoczyło jej proces – przegrany, bo włamania do zabytku nie przewidywał żaden przepis. Naprawiony zegar wkrótce znów zatrzymano.

Wypada przy tym wspomnieć, że od 1955 roku samodzielne zwiedzanie katakumb poza oficjalną trasą jest nielegalne. Wejścia do podziemi nie figurują na żadnej mapie – są rozsiane po całym mieście, ukryte w kanałach, tunelach metra i piwnicach, a ich położenie krąży tylko wśród wtajemniczonych, nierzadko przekazywane półsłówkami. Policja zamurowuje kolejne, katafile przebijają następne; ta gra w kotka i myszkę toczy się nieprzerwanie od dekad. Mandat za złapanie bywa w niej konsekwencją najlżejszą i, można by powiedzieć, najbardziej oczekiwaną; pozostałe są mniej formalne, ale dotkliwsze.

Kto jest pochowany w paryskich katakumbach? Sześć milionów osób

Niekiedy pisze się o paryskich katakumbach jako o „najdłuższym grobie świata”. Określenie jest efektowne i niekoniecznie ścisłe, ale dobrze oddaje skalę – sześć milionów to liczba, której wyobraźnia ludzka nie obejmuje. Jest większa niż populacja niejednego europejskiego państwa – co i tak niewiele pomaga, ponieważ żadne takie porównanie nie odnosi się do sytuacji, w której chodzi nie o populację żyjącą jednocześnie, lecz o szczątki nagromadzone w jednym miejscu, ułożone w geometrii, której nie sposób objąć wzrokiem z jednego punktu.

W katakumbach spoczywają mieszkańcy Paryża pochowani pierwotnie na siedemnastu największych cmentarzach miasta. Wszystkie zostały zlikwidowane między 1786 a 1860 rokiem, a ich szczątki przeniesiono pod ziemię. Łącznie z parafialnymi kościołami i klasztorami źródłem kości w katakumbach jest ponad trzysta dawnych paryskich miejsc pochówku.

Wśród tych szczątków znajdują się również osoby znane z imienia i nazwiska, choć nawet oficjalna strona ossauarium podnosi tutaj istotne zastrzeżenia. Nie zidentyfikowano dotąd ani jednej z nich – wszystkie rozpłynęły się w masie anonimowych kości. Z całą pewnością trafili tu straceni podczas rewolucji Georges Danton, Maximilien Robespierre i Antoine Lavoisier (ojciec nowoczesnej chemii) – pochowano ich na cmentarzu Errancis, który w całości przeniesiono później pod ziemię. Z dawniejszych stuleci na liście pojawiają się między innymi François Rabelais, przeniesiony z cmentarza przy kościele Saint-Paul, oraz Charles Perrault, autor literackich wersji „Kopciuszka” i „Sinobrodego”. Przy kilku nazwiskach sprawa bywa jednak sporna – Blaise Pascal i Jean Racine mają nagrobki w kościele Saint-Étienne-du-Mont, a Jean de La Fontaine na Père-Lachaise, ale ich pierwotne cmentarze również zasiliły ossuarium, więc trudno stwierdzić, czy spoczywają w swoich grobach, czy to wyłącznie miejsce pamięci o nich. Spotyka się wreszcie informację, że w katakumbach spoczywać miałby tzw. Człowiek w Żelaznej Masce, słynny więzień Ludwika XIV, którego prawdziwa tożsamość pozostaje przedmiotem historiograficznych spekulacji od trzystu lat – jeśli to prawda, byłaby to chyba jedna z najbardziej skondensowanych ironii anonimowości w dziejach.

Héricart de Thury, który nadał ossuarium dzisiejszy kształt, świadomie zrezygnował z wyodrębniania szczątków sławnych z reszty. Można to interpretować jako wyraz oświeceniowego egalitaryzmu i przekonania, że akurat wobec śmierci wszyscy są równi, lub po prostu jako rozwiązanie pragmatyczne – wszak ustalenie, które kości należały do których pochowanych pierwotnie na Niewiniątkach, byłoby zadaniem przekraczającym możliwości ówczesnej anatomii sądowej. Niezależnie od tego, który motyw przeważał, efekt pozostał ten sam – w katakumbach Robespierre spoczywa obok bezimiennego sąsiada z Niewiniątek, a Lavoisier obok kogoś, kto być może handlował chlebem w jego dzielnicy.

Paryskie katakumby pod wodą – salles immergées

Część paryskich katakumb – szczególnie te leżące najgłębiej, w okolicy XIV i XV dzielnicy – jest stale lub okresowo zalana. Geolodzy określają je francuskim terminem salles immergées, czyli „sale zatopione”. Woda gruntowa wlewała się tu powoli, czasem przez wieki, aż utworzyła podziemne jeziora o turkusowym kolorze, w których widoczność sięga miejscami dwudziestu metrów. Wzdłuż oficjalnej trasy zwiedzania znajduje się jej skromniejszy odpowiednik – tzw. Fontanna Samarytanki, niewielki basen wykuty w skale.

To właśnie w tym basenie Héricart de Thury przeprowadził w 1813 roku osobliwy eksperyment – wpuścił do niego cztery złote rybki, żeby sprawdzić, czy przeżyją w środowisku pozbawionym światła. Przeżyły, choć nie były w stanie się rozmnażać i z czasem oślepły. Opisuje się to dziś jako jeden z pierwszych w europejskiej biologii eksperymentów nad adaptacją organizmów do warunków podziemnych.

Sam mechanizm zalewania korytarzy jest w gruncie rzeczy prosty. Paryż leży na sześciu różnych warstwach wodonośnych, z których niektóre znajdują się na poziomie korytarzy katakumb lub jeszcze niżej. Gdy poziom wody gruntowej się podnosi – po deszczowym sezonie, po roztopach – woda zalewa najniższe partie sieci. Korytarze przekształcają się wówczas w tunele nurkowe; co więcej, w tunele o bardzo nietypowej dla nurkowania warstwowej widoczności, ponieważ wapień naturalnie filtruje wodę.

Niektórzy katafile schodzą tam właśnie po to. Schodzą z butlami, lampami i kamerami. Fotografie, które stamtąd przynoszą – jeśli przynoszą, bo jest to działalność z definicji ryzykowna – to jedne z bardziej nierzeczywistych obrazów współczesnego Paryża. Na zdjęciach widać wapienne mury, zatopione kości i światło latarki rozszczepiające się w krystalicznie czystej wodzie. Mało który obraz pokazuje równie dosłownie, jak miasto pamięta o sobie samym.

Co ciekawe, niektóre z zalanych komór nigdy nie zostały zbadane. Są oznaczone na mapach, lecz od dziesięcioleci nikt do nich nie wszedł, by sprawdzić, co się w nich znajduje. Z punktu widzenia inspekcji miejskiej nie ma to większego sensu, dopóki komory te nie zagrażają konstrukcjom naziemnym. Z punktu widzenia kogoś, kto pisze o katakumbach, jest to jeden z najatrakcyjniejszych elementów ich historii – sieć wciąż dopisuje sobie własne rozdziały, niezależnie od tego, czy ktoś je odczyta.

Paryskie katakumby – ciekawostki i mniej znane fakty

Na koniec garść faktów, które wprowadzone wcześniej w tekście naruszyłyby narrację, a jednak warto je odnotować osobno.

  • 131 stopni w dół, 112 stopni w górę. W dół prowadzi ciasna spiralna klatka schodowa, w górę inna – stąd różnica w liczbie stopni. Samo zejście bywa dla zwiedzających bardziej pamiętne niż reszta trasy; wąski kamienny ślimak wydaje się kręcić w dół dłużej, niż podpowiadałaby wyobraźnia.

  • Napis nad wejściem do ossuarium. Widnieje tu zdanie „Arrête! C'est ici l'empire de la Mort” – „Zatrzymaj się! Tu jest królestwo śmierci”. Autorstwo przypisuje się samemu Héricartowi de Thury, który ewidentnie miał słabość do dramaturgii godnej teatru epoki napoleońskiej. Trudno mu się dziwić, biorąc pod uwagę, że projektował przestrzeń mającą wywoływać refleksje natury egzystencjalnej.

  • Forteca wyrzeźbiona z pamięci. W jednej z sal katakumb znajduje się miniatura fortu Port-Mahon na Minorce, wykuta w wapieniu w latach 1777-1782 przez Françoisa Décure'a, kamieniarza i emerytowanego żołnierza Ludwika XV. Décure jako młody żołnierz dostał się podczas wojny siedmioletniej do angielskiej niewoli i trafił właśnie do tej twierdzy; kilkanaście lat później, pracując w paryskich kamieniołomach, odtworzył ją z pamięci podczas przerw obiadowych, przy świetle pochodni. Zginął przy poszerzaniu korytarza prowadzącego do swojego dzieła, przygnieciony zawaleniem skały; ironia tej śmierci jest tak skondensowana, że trudno o sensowny komentarz.

  • Pierwsze zdjęcia przy sztucznym świetle. W 1861 roku katakumby sfotografował Félix Tournachon, znany jako Nadar. Były to jedne z pierwszych w historii fotografii zrobionych przy świetle sztucznym – metoda magnezjowa, którą wówczas posługiwał się Nadar, wymagała czasu naświetlania liczonego w minutach. Robotników nie dało się unieruchomić na tak długo, więc fotograf używał manekinów ustawionych w pozach pracujących kamieniarzy. Reportaż trwał trzy miesiące.

  • Kino ukryte pod miastem. W 2004 roku paryska policja podczas rutynowej kontroli nielegalnych wejść trafiła na działającą salę kinową – z dużym ekranem, projektorem, fotelami, barem i instalacją elektryczną podłączoną do sieci miejskiej. Po kilku dniach służby wróciły z ekipą techniczną. Sala zniknęła. Po katafilach pozostała tylko karteczka z napisem Ne cherchez pas („Nie szukajcie nas”). Odpowiedzialność za projekt przypisuje się grupie La Mexicaine de Perforation.

  • Czarna linia na suficie. Sufit jednego z korytarzy trasy turystycznej oznaczony jest ciągłą czarną linią. Pochodzi z XIX wieku i służyła grupom zwiedzającym jako orientacja w razie zgaśnięcia świec; pozostawiona kontrastową farbą, była ostatnim widzialnym punktem nawigacyjnym, na który można było liczyć w razie niespodziewanej ciemności.

  • Likier, pieczarki i nielegalne rave'y. W innych częściach paryskich podziemi w różnych epokach prowadzono dość zaskakujące działania gospodarcze. Mnisi destylowali tu w XVII wieku likier Chartreuse, w XIX wieku uprawiano pieczarki paryskie (z czego nazwa „champignon de Paris”), w piwniczkach sezonowano wino i piwo. W latach dziewięćdziesiątych XX wieku organizowano w niedostępnych korytarzach kilkudniowe rave party, czemu policja położyła kres dopiero pod koniec dekady.

  • Katakumby w popkulturze. W kulturze popularnej katakumby zagrały już niemal wszystko, co da się zagrać. Były tłem do thrillera „As Above, So Below”, sceną w „Belphegor”, lokacją w „Assassin's Creed Unity”, jednym z planów „Świadka na ślubie”. Najczęściej obsadza się je w roli miejsca, w którym bohaterowie się gubią; trudno o trafniejszy casting.

Katakumby to jedna z wielu tajemnic Paryża – odkryj je z Rainbow

Można przejść oficjalną trasę paryskich katakumb w godzinę, obejrzeć ściany z czaszek, przeczytać tabliczkę nad wejściem i wyjść z poczuciem, że odhaczyło się kolejną z ciekawszych atrakcji turystycznych świata. Byłaby to jednak pomyłka. Widziało się półtora kilometra z sieci, której nikt nie zmierzył do końca – tę bezpieczną, oświetloną, opisaną część, którą miasto uznało za nadającą się do pokazania. Cała reszta, z zaginionymi, zalanymi salami i nierozstrzygniętymi legendami, pozostała w ciemności, poza zasięgiem biletu i mapy. I właśnie dlatego od ponad dwustu lat wciąż znajdują się tacy, którzy chcą zejść głębiej.

Katakumby są przy tym dopiero początkiem tego mniej oczywistego Paryża – miasta krytych pasaży, zapomnianych cmentarzy i całych dzielnic, które turyści mijają w pośpiechu do trzech obowiązkowych zabytków. Wiele z nich odkryjesz podczas wycieczek do Paryża z Rainbow.

A jeśli sam Paryż to za mało, Francja ma w zanadrzu znacznie więcej. Zamki nad Loarą, Lazurowe Wybrzeże, alpejskie szczyty i średniowieczne miasteczka Prowansji to zupełnie inne oblicza tego niezwykłego kraju – a wiele z nich poznasz w pełni podczas wycieczek objazdowych po Francji.

Sprawdź wakacje we Francji i zarezerwuj wyjazd z wyprzedzeniem, żeby podziemny Paryż trafił prosto do planu Twoich podróży, a nie został zakopany na samym dnie listy „kiedyś tam”.

Data Publikacji: 18.06.2026
autor artykulu zdjecie

Artykuł autorstwa: Alicja Górska

Kulturoznawczyni z doktoratem, krytyczka literacka i filmowa oraz pisarka publikująca pod pseudonimem. Od ponad dekady związana zawodowo z branżą copywritingu i SEO. Absolwentka filmoznawstwa oraz twórczego pisania na Uniwersytecie Łódzkim, gdzie obecnie prowadzi zajęcia dla studentów. Miłośniczka różnorodnych tekstów kultury – klasycznych, popularnych i zupełnie niszowych. Szczególnie bliska jej sercu jest Islandia, o czym świadczy imponująca kolekcja literatury islandzkiej i o Islandii. Marzy o tym, by pewnego dnia zamieszkać w tej fascynującej krainie lodu i ognia. W podróżach jednak się nie ogranicza, chciałaby poznać cały świat. Ostatnio interesują ją zwłaszcza: Hawaje, Maroko i Korea.

Zobacz inne o:

Podobne artykuły

krajobraz kierunku
Tunezja – atrakcje. Co warto zobaczyć?Tunezja, choć niewielka i wciśnięta między znacznie potężniejszych sąsiadów – Algierię i Libię, ma tyle atrakcji, że wystarczy ich na kilka osobnych podróży. Na południu Sahara służy filmowcom za gotową scenografię, a wśród piasków kryją się berberyjskie ksary; na wybrzeżu ciasne uliczki medyn otwierają się na długie, piaszczyste plaże i nadmorskie miejscowości. Kto przyjeżdża tu dla historii, trafi na doskonale zachowane zabytki fenickie i rzymskie. Kuchnia jest wyrazista, a mieszkańcy gościnni – i to właśnie tę gościnność zapamiętuje się najdłużej. O tej ostatniej przekonasz się zresztą na miejscu. Zanim wybierzesz swój wyjazd – objazdowy czy wypoczynkowy – sprawdź jednak, co warto zobaczyć w Tunezji.
krajobraz kierunku
Baku – atrakcje. Co warto zobaczyć w stolicy Azerbejdżanu?Położona tuż nad Morzem Kaspijskim stolica Azerbejdżanu, Baku, to miasto pełne kontrastów. Zabytki pamiętające jeszcze czasy przemierzających te tereny karawan sąsiadują tu z eleganckimi budynkami z czasów boomu naftowego, a te – z ultranowoczesnymi bryłami. Przechadzając się po mieście, z jednej strony wciąż można spotkać mężczyzn siedzących przy wystawionych bezpośrednio na ulicy stolikach i grających w tavlę, z drugiej jednak takie zabytkowe uliczki często prowadzą wprost do futurystycznych budowli. Leżące na złożach gazu ziemnego i ropy naftowej Baku, mimo że bywa nazywane „nowym Dubajem”, wciąż zachowało swój niepowtarzalny, stepowy urok. Choć Cezary Baryka, bohater „Przedwiośnia” Żeromskiego, w poszukiwaniu słynnych szklanych domów wyruszył stąd do Polski, dziś najłatwiej zobaczyć je właśnie w Baku.
krajobraz kierunku
Tallin – atrakcje. Co zobaczyć w stolicy Estonii?To zdecydowanie awangardowy kierunek na city break czy urlop. Do Tallina trudno trafić przypadkiem czy przejazdem – wśród państw bałtyckich Polacy wybierają raczej Litwę z Wilnem. Estonia ma jednak wiele do zaoferowania turystom. Chociaż tutejszy język – należący do zupełnie obcej rodziny językowej, czyli ugrofińskiej – nie przypomina żadnego europejskiego, to już zabudowa i układ urbanistyczny są niezwykle swojskie. Już po krótkim spacerze po doskonale zachowanym, średniowiecznym Starym Mieście przypomnimy sobie o Malborku i Gdańsku, a to dopiero pierwsze wrażenie. Dodajmy jeszcze, że miasto jest niewielkie i kameralne, w sam raz do zwiedzania pieszo. W uliczkach wokół rynku można zgubić się na całe dni, dlatego przygotowaliśmy instrukcję, co zobaczyć w Tallinie, by wykorzystać wszystkie jego walory i móc po powrocie do domu tytułować się znawcą Estonii.
krajobraz kierunku
Klify Dingli – najwyższe klify Malty i widok na Morze ŚródziemnePatrząc na Klify Dingli, trudno nie uznać wyższości przyrody nad najsłynniejszymi nawet architektami i ich dziełami. Pałace, katedry i twierdze potrafią zachwycać rozmachem, ale natura ma własny sposób budowania oszałamiających „konstrukcji”. Najwyższe klify Malty wyrastają nad Morzem Śródziemnym niczym surowy, majestatyczny mur okalający wyspę. Czasem aż trudno uwierzyć, że nie zaprojektował go żaden genialny architekt. Dingli Cliffs pokazują Maltę w jej pierwotnej, surowej odsłonie. Jasne wapienne skały zestawione z intensywnym błękitem wody dają kontrast, który robi wrażenie niemal na każdym. To także jedno z najlepszych miejsc na wyspie, by zobaczyć zachód słońca nad Morzem Śródziemnym – zachodnie wybrzeże Malty jest wystawione wprost na zapadające w morze słońce. Właśnie dlatego warto zobaczyć te klify na własne oczy.