Kuchnia kanadyjska kojarzy się przede wszystkim z syropem klonowym. I słusznie, bo dodawany jest do wielu potraw, ale na tym skojarzenia nie powinny się kończyć. Kanada, większa od Polski 32 razy, zapewnia doznania smakowe tak rozmaite, jak różne są poszczególne prowincje i terytoria. Kuchnia Kolumbii Brytyjskiej jest tak samo daleko od kuchni Quebecu, jak te dwie prowincje oddalone są od siebie na mapie. Potrawy z Ontario czy Alberty to tematy na oddzielne opowieści. A do tego kraj przyjazny imigrantom wzbogacił się kulinarnie dzięki kolejnym falom przyjezdnych z najdalszych zakątków świata – wpływy brytyjskie i francuskie mieszają się tu z azjatyckimi, wschodnioeuropejskimi i włoskimi. Czas odkryć, co naprawdę jedzą Kanadyjczycy – od bekonu, który podbił serca całego narodu, po lodowe wino zbierane nocą przy -8°C.
W tym artykule przeczytasz o:
Zaraz po syropie klonowym – z bekonem. Kanadyjczycy go wprost ubóstwiają. Według badań ponad połowa mieszkańców kraju klonowego liścia uważa, że bekon poprawia smak wszystkiego, a 43% wybrało bekon ponad seks. Dodaje się go do lodów, dżemów i pączków, polewa syropem klonowym, a dla prawdziwych fanów jest nawet bekonowa pasta do zębów. Kanadyjski bekon to zresztą osobna historia – peameal bacon z Ontario robi się z chudego schabu peklowanego w solance cukrowej i obtaczanego w mączce kukurydzianej, która daje chrupiącą skorupkę po usmażeniu.
Kolejna ikona to poutine – frytki z serem i sosem pieczeniowym, po francusku oznaczające po prostu „bałagan”. Najlepsze są w Quebecu, skąd danie pochodzi, ale dziś zamówisz je w całej Kanadzie. A pizza hawajska? Też kanadyjska. Wymyślił ją grecki imigrant Sam Panopoulos w latach 60. XX w. w Ontario, inspirując się słodko-kwaśnymi daniami chińskimi. Dodał ananasa z puszki marki Hawaiian i szynkę – reszta to już historia.
Kanada zawdzięcza swoją nazwę irokeskiemu słowu „kanata”, oznaczającemu wieś. Zanim dotarli tu Europejczycy, rdzenni mieszkańcy odżywiali się tym, co dawała natura – zbierali jagody, łowili ryby i polowali. Dieta zależała od regionu. Inaczej jedli Inuici na północy, inaczej Indian interioru czy wybrzeża.
Inuici – bo tak wolą być nazywani, a nie Eskimosami, co w ich języku znaczy „zjadacze surowego mięsa” – mieli dietę bogatą w białko i tłuszcze, z niewielką ilością roślin uprawnych. Polowali na foki, wieloryby, karibu i morsy. Spożywali je na surowo albo suszone. Urozmaicali posiłki jagodami, mchem i tranem wielorybim, który stanowił źródło witamin.
W środkowej części kraju plemiona Cree czy Czarne Stopy polowały na bizony, łosie, króliki i ptactwo. Mięso wędzili albo suszyli. Jedli też fasolę i soczewicę, jak również pieczony bób. Rdzenni mieszkańcy zbierali borówki, pozyskiwali sok klonowy, szukali pędów paproci i korzeni. Na wybrzeżu zajadano się łososiem. Tam, gdzie żyły bobry, przysmakiem był ich tłusty ogon. Współcześnie też można zjeść „ogon bobra”, tyle że w wersji słodkiej i wegetariańskiej.
Pierwsze francuskie ekspedycje dotarły na wybrzeże Kanady w XVI w., ale były to wyprawy eksploracyjne. Kolonizacja Nowej Francji zaczęła się na początku XVII w. wraz z Samuelem de Champlainem, który założył Quebec. Francuzi umiejętnie połączyli lokalną prostotę i świeże składniki ze swoją tradycją kulinarną. Tak powstała kuchnia quebecka. Francuzi przywieźli ze sobą m.in. technikę sous-vide, czyli gotowania w próżniowych opakowaniach zanurzonych w wodzie o stałej, niskiej temperaturze. Ich dania fusion łączyły europejską elegancję z lokalnymi składnikami.
Brytyjczycy kształtowali kuchnię tam, gdzie silne było osadnictwo angielskie – w Ontario, Kolumbii Brytyjskiej i na Wyspie Księcia Edwarda. Kolonizatorzy wprowadzili tradycję jednogarnkowych dań, pieczeń mięsnych oraz wypieków.
Druga fala imigracji, po kolonizatorach, to Europejczycy przybyli w XIX i XX w. Polacy, Żydzi oraz inni emigranci z Europy Wschodniej popularyzowali chociażby wędliny. Brytyjskie wpływy widoczne były z kolei w zapiekankach i smażonych mięsach – potrawy stawały się bardziej sycące i słone.
Trzecia fala nastąpiła po II wojnie światowej, kiedy to przybyli Azjaci. Chińczycy spopularyzowali dim sum, Japończycy – sushi. W latach 70. XX w. zaczęło się fusion z kuchnią indyjską, zwłaszcza w Kolumbii Brytyjskiej. Dodano nowe techniki i przyprawy, a kanadyjskie miasta stały się kulinarnymi tyglami.
Imigracja stworzyła mozaikę smaków, przyczyniając się do integracji społecznej. We współczesnej Kanadzie naprawdę można zjeść danie z wybranego zakątka świata przygotowane przez najlepszych szefów kuchni z Włoch, Chin, Grecji, Turcji czy Tajlandii. W kontekście jedzenia w Kanadzie sensowniej jest więc pytać nie o to, co można tam zjeść, ale po prostu: na co masz ochotę?
Syrop klonowy to jedna z najpopularniejszych pamiątek z Kanady. Zanim kupi się tę osłodę do naleśników czy innych dań, warto dowiedzieć się, jak powstaje. Najpełniejsze doświadczenie zapewni wizyta na klonowej farmie.
Gdy jadę z grupą do pana Denny'ego, który prowadzi rodzinny biznes klonowy w Trois-Rivières w Quebecu, pytam turystów, czy wiedzą, jak pozyskuje się sok z brzozy. Wiele osób wie, że pod koniec zimy w Polsce, gdy leży jeszcze śnieg, można nawiercić brzozę, włożyć rurkę w otwór i podstawić butelkę, by następnego dnia napełniona była sokiem. Podobnie jest z klonami.
Gatunki najlepiej nadające się do produkcji syropu to te o wysokiej zawartości cukru w soku, np. klon cukrowy. Pod koniec zimy soki w klonie zaczynają się przemieszczać, bo zmieniają się warunki pogodowe. Noce są dalej mroźne, ale za dnia temperatura jest już kilka stopni powyżej zera. Te różnice temperatur powodują wzrost ciśnienia w pniu i korzeniach, co pcha sok w górę. To przygotowanie do wegetacji – drzewo „czuje” nadchodzącą wiosnę.
W pniu dorosłego klonu wierci się otwór o średnicy 1 cm i głębokości około 5 cm. Wkłada się kranik i podstawia wiaderko. Jedno drzewo daje do 50 litrów soku w sezonie, a sezon trwa 4-8 tygodni. Soku, nie syropu. Co dalej? Sok gotuje się nad ogniskiem albo w parowniku, stale mieszając i dolewając świeży, aż odparuje się prawie cała woda. Jeden litr syropu o stężeniu 66% cukru uzyskuje się z 20-50 litrów soku. Niczego się nie dodaje. Na dużych farmach klony połączone są systemem rurek, aby nie tracić czasu na stawianie wiaderek. Do komercyjnego pobierania soku używa się drzew przynajmniej trzydziestoletnich, co pozwala na wieloletnią eksploatację – nawet do 100 lat z jednego drzewa! Drzewo na tym nie cierpi, jeśli nie przekracza się 12% jego soków. Po sezonie ranę zabija się klonowym kołkiem i smaruje maścią ogrodniczą, by ochronić je przed grzybami i insektami.
Kanada odpowiada za 70% światowej produkcji syropu klonowego, a Quebec wytwarza ponad 90% kanadyjskiego syropu. Drugim pod względem wielkości producentem na świecie są Stany Zjednoczone, przede wszystkim stany Vermont, Nowy Jork i Maine. Oryginalny syrop sprzedaje się w plastikowych butelkach łatwych do transportu albo w metalowych puszkach. Po otwarciu najlepiej przechowywać go w lodówce. Lepiej uważać na podróbki – jeśli syrop jest za tani, to znaczy, że ma niewiele wspólnego z prawdziwym syropem.
Poza syropem na farmie można kupić „masło klonowe” – zagęszczony syrop o karmelowym smaku i maślanej konsystencji, idealny do smarowania pieczywa albo – jak mówią Kanadyjczycy – do jedzenia łyżeczką prosto z opakowania. Wizytę zaczynamy jednak od klonowych lizaków. Na blat wysypany lodem gospodarz wylewa po trochu gęsty syrop i wkłada weń drewniane patyczki jak do lodów. Zaraz potem gotowe. Wszyscy smakują i słuchają opowieści.
Ta francuskojęzyczna prowincja Kanady to raj dla smakoszy. Québécois, jak sami siebie nazywają mieszkańcy Quebecu, uwielbiają niespieszne uczty z towarzyszeniem dobrego wina, a o jedzeniu mogą rozprawiać godzinami. Doskonałe jedzenie to ich joie de vivre – radość życia.
Poutine to kanadyjski fast food, który pochodzi z Quebecu. Danie powstało w połowie XX w., a po francusku oznacza „bałagan". Kiedyś uznawane za przykład kuchni robotniczej, obecnie to wszechobecna ikona kanadyjskiej kuchni, popularna w całym kraju. Pokrótce – poutine to chrupiące frytki z kawałkami specjalnego sera i gorącym sosem mięsnym. Ser częściowo topi się pod wpływem sosu, a konsystencja staje się kremowa. Całość, zgodnie z nazwą, wygląda niechlujnie.
Sekretem dobrego poutine jest ser. To muszą być małe grudki młodego cheddara, które skrzypią przy gryzieniu. Tradycyjny sos do poutine jest brązowy, gęsty i aromatyczny, przygotowany na bazie bulionu wołowego. Najlepszy jest świeżo przygotowany. Danie to jest kaloryczne i sycące, idealne na zimę albo po imprezie. Zamówić je można zarówno w popularnych fast foodach, food truckach, jak i w eleganckich restauracjach. W Quebecu są nawet lokale serwujące tylko poutine – to poutineries.
Poza klasycznym poutine danie to ma liczne warianty regionalne. W Quebec City popularne jest poutine galvaude z kurczakiem i zielonym groszkiem. Z kolei w Toronto królują wersje z szarpaną wieprzowiną lub jalapeños. Może być też poutine z bekonem, a jakże. Są też warianty wegetariańskie. Nowsze wariacje to chociażby poutine z homarem w Nowej Szkocji.
Gdy przychodzi Boże Narodzenie i Nowy Rok, na kanadyjskim stole pojawia się tourtière. To rodzaj tarty mięsnej wywodzącej się z Quebecu. Tradycję zapoczątkowali francuscy osadnicy jeszcze w XVII w. Obecnie danie jest popularne szczególnie w Quebecu, Nowym Brunszwiku i Manitobie, ale dostępne w całym kraju.
A właściwie co to takiego? Ciasto ma kruchy spód i wierzch, a smak lekko słodko-korzenny – przyprawione jest cynamonem, goździkami, gałką muszkatołową oraz ziołami. Nadzienie to mielona wieprzowina, wołowina albo cielęcina, niekiedy z dodatkiem dziczyzny, ziemniaków i cebuli. Taki wariant dominuje w Quebecu, natomiast w Nowej Szkocji i na Wyspie Księcia Edwarda do nadzienia trafiają też królik czy kurczak.
Bajgle z Montrealu różnią się od nowojorskich niemal wszystkim – są mniejsze, cieńsze, z większym otworem, słodsze i z chrupiącą skórką. Do ciasta dodaje się żółtko i olej dla delikatności, za to bez soli typowej dla nowojorskich bajgli. Przed pieczeniem gotuje się je w wodzie z miodem, a potem wkłada do pieców opalanych drewnem – stąd ich charakterystyczna słodycz i lekko wędzony smak. Krótko rzecz ujmując – są o niebo lepsze od swoich nowojorskich kuzynów.
Historia montreal smoked meat (wędzonego mięsa wołowego) sięga XIX wieku i związana jest z żydowską społecznością w Montrealu. Kluczową rolę w popularyzacji tego sposobu podania mięsa odegrały delikatesy Schwartz's założone w 1928 r. Współcześnie to jedno z ikonicznych miejsc, gdzie zjeść można kanapkę z chleba żytniego i cienko pokrojonego mięsa z dodatkiem żółtej musztardy.
Montreal smoked meat różni się od nowojorskiego pastrami tym, że ma więcej tłuszczu i bardziej włóknistą teksturę. A jak przygotowuje się montrealskie mięso wędzone? Potrzebny jest mostek wołowy, znany jako brisket, czyli mięso z dolnej części klatki piersiowej. Należy je posolić i zamarynować przez około tydzień w mieszance przypraw takich jak pieprz, kolendra i czosnek. Następnie mięso się wędzi i gotuje na parze. Gotowe!
Klasycznym deserem z Quebecu jest tarta cukrowa – nadzienie na bazie brązowego albo klonowego cukru, śmietany i masła, zamknięte w kruchym cieście. Proste składniki, a palce lizać. Równie uzależniające są grands-pères au sirop – miękkie kluski gotowane wprost w syropie klonowym, które rozpływają się w ustach.
Osobną kategorią jest pets de sœur – i lepiej nie sprawdzać, co ta nazwa oznacza (dla ciekawskich wyjaśnienie na końcu akapitu). To cienkie naleśniki zwinięte w rulon i smażone w syropie klonowym lub cukrowym. Według legendy zakonnice przygotowywały je w klasztorach, a charakterystyczny dźwięk smażenia nadał im humorystyczną nazwę... „pierd zakonnicy”.
Atlantyckie prowincje Kanady to Nowa Fundlandia i Labrador, Wyspa Księcia Edwarda, Nowa Szkocja oraz Nowy Brunszwik. Ich kuchnia opiera się na świeżych owocach morza i prostocie dań rybackich – homarach, ostrygach, małżach, dorszu i halibucie. Sposoby przygotowania stosowane przez rdzennych mieszkańców z czasem scaliły się z wpływami szkockimi i irlandzkimi. Te smaki warto odkrywać w nadmorskich knajpach, gdzie składniki trafiają na talerz prosto z połowu.
Lobster roll to lekka, morska uczta typowa dla Nowej Szkocji – maślana bułka z mięsem homara wymieszanym z majonezem, selerem i cebulą. Można go jeść przez cały rok, bo sezon homarowy nigdy się nie kończy – połowy odbywają się rotacyjnie w różnych dystryktach.
Będąc w Nowym Brunszwiku, spróbować trzeba rappie pie – zapiekanki ziemniaczanej z mięsem lub krabami. To danie akadyjskiego pochodzenia, przygotowywane na specjalne okazje. Ziemniaki ściera się i odciska z nich wodę, a następnie układa warstwami z mięsem i piecze do złotego koloru.
Gęsta zupa z ziemniakami i owocami morza to obowiązkowe danie na Wyspie Księcia Edwarda. Chowder jest tu czymś więcej niż zupą – to niemal symbol prowincji, a każda rodzina i każda restauracja ma własny przepis. Bazę stanowi kremowy bulion z masłem, mlekiem i śmietaną, zagęszczony skrobią z ziemniaków. Do środka trafia to, co akurat złowiono – małże, homary, przegrzebki, krewetki, a z ryb najczęściej plamiak lub dorsz.
W sklepach rybnych na wyspie można kupić gotowy „chowder mix”, czyli worek resztek z owoców morza, bo chowder to z pochodzenia danie oszczędne – rybacy gotowali go z tego, czego nie udało się sprzedać. Podawany z chrupiącą bułką lub krakersami, najlepiej smakuje w nadmorskiej knajpie z widokiem na port.
Nowa Fundlandia to miejsce, gdzie brytyjskie wpływy kulinarne czuć najmocniej. Fish and chips – panierowana ryba, najczęściej dorsz atlantycki, z frytkami i sosem tatarskim – to tu klasyk dnia codziennego. Fundlandzkie fish and chips wyróżnia świeżość ryby, która często trafia na talerz kilka godzin po złowieniu.
Nowa Fundlandia ma zresztą całą rodzinę dań na bazie dorsza. Solone ryby z chlebem i bekonem, podawane z ziemniakami, to fish and brewis – jedno z najstarszych dań prowincji, sięgające czasów pierwszych osadników. Mielony dorsz zmieszany z puree ziemniaczanym i smażony jak kotlety to fish cakes, podawane ze skwarkami lub sosem tatarskim. Z kolei gotowana wołowina z warzywami korzeniowymi i kapustą nazywa się jiggs dinner – tradycyjny niedzielny obiad w fundlandzkich domach.
Halifax ma swoje oficjalne danie – donair. Wywodzi się z doner kebaba, ale ma własny charakter. Powstał w latach 70. XX w. dzięki greckiemu imigrantowi Peterowi Gamoulakosowi, który chciał trafić w lokalne gusta. Jagnięcinę zastąpił wołowiną i stworzył słodki sos na bazie skondensowanego mleka, octu i czosnku. Mięso, sos, posiekane pomidory i cebula trafiają do libańskiej pity. W Halifaxie to obowiązkowy street food.
W odróżnieniu od atlantyckich prowincji na prerii i w Górach Skalistych dominują dziczyzna, wołowina i ranczerska kultura kulinarna. To zupełnie inny świat – rozległe pastwiska Alberty i Saskatchewan, lasy pełne łosi i bizonów, tradycje rdzennych ludów sięgające setek lat wstecz. Kuchnia tego regionu jest treściwa i konkretna, bo taka musiała być – karmić myśliwych, traperów i pasterzy w surowym klimacie. Do dziś popularną przekąską jest suszona wołowina typu beef jerky, wywodząca się z tradycji pasterskiej – idealna, żeby na szybko posilić się w terenie. Specjałem jest też barszcz z lokalnych buraków.
Tradycyjny płaski chleb o szkockich korzeniach stał się symbolem kulinarnym ludów rdzennych, szczególnie w regionie prerii i Gór Skalistych. Celtowie piekli go z mąki jęczmiennej lub owsianej na rozgrzanych kamieniach już w VIII w. Do Kanady przepis przywieźli szkoccy handlarze futer w XVIII wieku. Ludy rdzenne – Métis, Inuici, Ojibwe – przejęły go i dostosowały do swoich warunków, używając mąki pszennej i smalcu z bizona, a z czasem też proszku do pieczenia. Bannock stał się podstawą diety podróżników i myśliwych. Można go jeść z dziczyzną, syropem klonowym czy jagodami saskatoon. Często serwowany jest na festiwalach rdzennej kultury.
Alberta słynie z wołowiny, którą wielu uważa za jedną z najlepszych na świecie. Stoi za tym to, co stada mają pod nogami i nad głową – czyste pastwiska, naturalne metody chowu bez antybiotyków i hormonów oraz certyfikacja jakości. Efekt? Mięso o wyrazistej marmurkowatości, soczystości i smaku. Wołowina z Alberty jest marką premium – kto lubi dobrego steka czy burgera, ten w tej prowincji trafi w swoje.
Obok wołowiny w Górach Skalistych króluje dziczyzna. Mięso bizona i łosia cenione jest za niską zawartość tłuszczu i intensywny smak – bizon uchodzi wręcz za chudą alternatywę dla wołowiny. Ciemne, aromatyczne mięso łosia sprawdza się w pieczeniach, wędlinach i tatarach, a dobrze komponuje się z chlebem bannock czy sosem z borówek.
Osobną atrakcją są tzw. ostrygi Gór Skalistych – i nie, to nie są owoce morza. To panierowane i smażone jądra byka lub bizona, serwowane z sosem demi-glace. Gdy jestem z grupą w Banff, zawsze polecam restaurację The Grizzly House. Ta działająca od ponad pół wieku knajpa specjalizuje się w wołowinie i bizonie, ale też tak egzotycznych specjałach, jak rekin, aligator czy grzechotnik.
Drobne, fioletowoczarne owoce z prerii i Gór Skalistych to saskatoon berries – w smaku przypominają borówkę z nutą migdałów. Są bogate w antyoksydanty i witaminy, a robi się z nich dżemy, syropy, lody, dodaje do ciast, smoothie i jogurtów. Główną rolę grają jednak w cieście saskatoon berry pie – prostym, domowym deserze, który symbolizuje lato na prerii. Podawany z lodami waniliowymi lub bitą śmietaną.
Naszą wycieczkę Przystanek Kanada zaczynamy w Vancouver w Kolumbii Brytyjskiej – najdalej na zachód wysuniętej prowincji Kanady, gdzie Góry Skaliste schodzą ku Pacyfikowi. To zupełnie inny klimat niż preria czy atlantyckie wybrzeże, i to nie tylko w sensie pogodowym. Lokalna scena kulinarna od razu zdradza silne wpływy azjatyckie dzięki dużej społeczności imigrantów z Chin, Japonii, Korei i Indii. Do tego dochodzi ocean pełen łososi, krabów i krewetek – trudno o lepsze połączenie.
W wodach Kolumbii Brytyjskiej występuje pięć gatunków łososia pacyficznego: czawycza, kiżucz, nerka, keta i gorbusza. Najpopularniejsze ze względu na dostępność i smak to nerka (sockeye) i czawycza (chinook). Na talerzu lądują grillowane, wędzone albo w zupie – ale to wędzenie jest tu prawdziwą sztuką.
Rdzenni mieszkańcy wędzili łososia w cedrowych jamach albo na stojakach nad ogniskiem opalanym olszyną. Współcześnie w Vancouver łososia wędzi się na dwa sposoby. Na zimno – wtedy szczególnie popularny jest wariant glazurowany miodem. Albo na gorąco, co daje mocniejszy, intensywniejszy smak; takiego łososia podaje się np. z chowderem lub z grilla. Wędzonego łososia w każdej postaci najłatwiej znaleźć na rynku na wyspie Granville – kulinarnym sercu Vancouver, gdzie oprócz ryb i owoców morza czekają dziesiątki stoisk z lokalnymi specjałami.
Nie przesadzę, gdy stwierdzę, że Vancouver to jedno z najlepszych miejsc na świecie, żeby zjeść doskonałe sushi czy ramen. Duża japońska społeczność, najlepsi szefowie kuchni, świeże składniki z Pacyfiku i kuchnia fusion sprawiają, że tutejsze sushi spokojnie konkuruje z tokijskim. To zresztą jeden z powodów, dlaczego Vancouver od lat wiedzie prym w rankingach jakości życia.
Wody wokół Vancouver są szczególnie obfite w krewetki spot i kraby Dungeness – flagowe owoce morza regionu. Małe, słodkie krewetki spot występują sezonowo od jesieni do wiosny – smażone w tempurze, dodawane do ramenu albo podawane jako przystawka z masłem i czosnkiem. Kraby Dungeness są duże – osiągają do 2 kg. Dostępne cały rok, a najlepsze gotowane na parze z masłem. Pycha.
Kanadyjskie desery są jak cała tutejsza kuchnia – proste, treściwe i mocno związane z konkretnymi regionami. Nie szukajcie tu francuskiej finezji ani włoskiej lekkości. To świat masła, syropu klonowego, czekolady i orzechów, w którym każda prowincja ma swój słodki powód do dumy. Kilka z nich zdołało podbić cały kraj.
Małe tartaletki maślane to jeden z klasycznych kanadyjskich deserów, popularny zwłaszcza w Quebecu i Ontario. Ciasto formuje się w foremkach do muffinów, a nadzienie powinno być płynne – choć właśnie konsystencja jest przedmiotem sporów w Kanadzie. Runny czy firm – oto jest pytanie. Je się na ciepło, na zimno albo z lodami. Mogą być z orzechami, bakaliami i – nie zgadniecie – z syropem klonowym!
Podczas wycieczki płyniemy promem na wyspę Vancouver, by zwiedzić miasto Victoria – stolicę Kolumbii Brytyjskiej. Potem, przed powrotem na kontynent, nocujemy w Nanaimo – a z tym miasteczkiem wiąże się tylko jedno skojarzenie. Nanaimo bars! Deser bez pieczenia, trzy warstwy małego szczęścia: herbatniki, wiórki kokosowe, orzechy włoskie, masa budyniowa, masło, cukier puder i polewa czekoladowa – i na chwilę jesteśmy w kulinarnym niebie. Deser spopularyzowała dziennikarka Edith Adams w latach 50. XX w.
Jadłem ogon bobra! Fuj? Spokojnie – w trakcie produkcji tego smakołyku nie ucierpiał żaden bóbr.
BeaverTails to płaskie ciasto w kształcie ogona bobra, smażone i polane czekoladą, owocami albo innymi słodkimi dodatkami. Historia deseru zaczęła się od rodzinnego przepisu. Babcia rodziny Hookerów piekła ciasto zwane „keekla", a wnuki wpadły na pomysł, żeby zrobić z niego biznes. W 1980 r. otworzyli pierwszy punkt gastronomiczny w Ottawie na rynku ByWard – i trafili w dziesiątkę. Dziś cukiernie z ogonem bobra znajdziecie nie tylko w Ottawie, ale też w Toronto, Niagara Falls i dziesiątkach innych miejsc w całej Kanadzie.
Kanadyjczycy na co dzień jedzą prosto i treściwie. Kuchnia narodowa opiera się na tym, co jest pod ręką – na wybrzeżu to ryby i owoce morza, w głębi lądu dziczyzna i wołowina. Resztę dorzuciła historia – wpływy rdzennych ludów, francuskie i brytyjskie tradycje, azjatyckie przyprawy.
Na śniadanie jada się naleśniki lub tosty z syropem klonowym, a także jajecznicę z boczkiem. Na lunch może być kanapka, wrap, zupa, poutine czy burger. Co na kolację – zależy od regionu.
Niezależnie od tego, gdzie w Kanadzie się znajdziesz, pewnym wyborem będzie Tim Hortons. Oficjalnie kawiarnia, w praktyce niemal instytucja narodowa. W lokalach Tim Hortons, które są naprawdę wszędzie, wypijesz kawę, zjesz ciastko, wrapa, pizzę czy inne danie na ciepło. Szybko i smacznie.
Z niezdrowych przekąsek Kanadyjczycy upodobali sobie chipsy i chrupki. Są takie o smaku ketchupowym, ale też all dressed, łączące kilka smaków w jednym. Mieszanka ketchupu, sosu BBQ, cebuli ze śmietanką, soli z octem i pikantno-kwaśnego – wszystko naraz. To idealna przekąska, gdy nie możesz się zdecydować.
Kanada to nie tylko jedzenie – kraj ma też co nalać do szklanki. Od piwa rzemieślniczego warzonego z wodorostami i syropem klonowym, przez jedno z najdroższych win deserowych na świecie, po narodowy koktajl, o którym poza Kanadą niemal nikt nie słyszał.
Kanadyjski rynek piwa rzemieślniczego rozwija się dynamicznie. Eksperymentuje się z lokalnymi składnikami, takimi jak syrop klonowy, miód, jagody, suszone owoce, czekolada, kawa czy nawet wodorosty. Steam Whistle z Toronto słynie z klasycznego pilznera, a ciekawostką browarniczą jest Kelp Stout z Tofino Brewing Company – piwo z wodorostami morskimi. Na marginesie, Tofino to maleńka miejscowość na wyspie Vancouver, bardzo lubiana przez krajowych turystów.
Alberta chwali się piwem Grumpy Bear Honey Wheat – pszenicznym z dodatkiem lokalnego miodu. Browary z Quebecu łączą tradycję z nowinkami – kultowy i wielokrotnie nagradzany Péché Mortel to stout z kawą. Festiwale piwne organizuje się w wielu miejscach, np. w Drummondville w Quebecu, Toronto czy Calgary.
Kto jedzie do Kanady, ten prędzej czy później trafi nad Niagarę. Jadąc nad wodospady, mija się winnice – i to właśnie tu produkuje się icewine, wino określane „płynnym złotem”.
To luksusowe wino deserowe z winogron, które naturalnie przemarzły na krzewach. Winogrona odmian Vidal, Riesling czy Chardonnay zostają na krzewach aż do zimy i zbiera się je nocą, gdy temperatura spadnie poniżej -8°C – wyciska jeszcze zmrożone, dzięki czemu cukier i smak są niezwykle skoncentrowane. Produkcja jest ryzykowna, bo mróz musi nadejść w odpowiednim momencie, a Kanada wymaga, żeby mrożenie było wyłącznie naturalne – inaczej wino nie może nosić nazwy lodowego.
Region Niagara Peninsula w Ontario to światowy lider tej produkcji, z ponad 70 winiarniami. Mała buteleczka icewine kosztuje tyle, co dobra whisky, ale warto spróbować choćby kieliszka.
Narodowy koktajl Kanady – Caesar – to w gruncie rzeczy Krwawa Mary z dodatkiem wywaru z małży. Wymyślił go w 1969 r. Walter Chell, włoski imigrant pracujący jako barman w hotelu Calgary Inn, który dostał zadanie stworzenia koktajlu na otwarcie nowej włoskiej restauracji. Inspiracją było spaghetti alle vongole – makaron z małżami w sosie pomidorowym.
Chell zmieszał wódkę z sokiem pomidorowym i bulionem z małży, dodał sos Worcestershire, tabasco i przyprawy. Legenda głosi, że pewien brytyjski gość spróbował drinka i zawołał: „Walter, that's a damn good bloody Caesar!” – i tak powstała pełna nazwa. Dziś rocznie Kanadyjczycy wypijają ponad 400 milionów Caesarów, a poza granicami kraju niemal nikt o nim nie słyszał.
Bekon, któremu Kanadyjczycy poświęciliby romans. Frytki z serem, które wyglądają jak bałagan, a smakują jak objawienie. Wino zbierane nocą przy -8°C. I ostrygi, które nie są ostrygami. Kanadyjska kuchnia nie krzyczy o siebie tak głośno, jak francuska czy włoska, ale kto raz spróbuje – ten zaczyna planować powrót.
Najlepsze jest to, że smaków Kanady nie da się poznać w jednym miejscu. Poutine w Quebecu smakuje inaczej niż w Toronto, chowder na Wyspie Księcia Edwarda nie ma odpowiednika na zachodnim wybrzeżu, a wędzony łosoś z Vancouver to zupełnie inna historia niż dorsz z Nowej Fundlandii. Żeby naprawdę zrozumieć tę kuchnię, trzeba przejechać kraj od prowincji do prowincji.
Rainbow organizuje wycieczki objazdowe po Kanadzie, podczas których lokalna kuchnia jest jedną z atrakcji programu – od klonowych farm w Quebecu po owoce morza w prowincjach atlantyckich. Część tras łączy Kanadę z USA, a dla tych, którzy chcą zobaczyć kraj z zupełnie innej perspektywy, w ofercie są też rejsy wzdłuż wybrzeża Alaski.
Przekonaj się, że Kanada smakuje równie dobrze, jak wygląda – sprawdź ofertę wyjazdów do Kanady z Rainbow.
Zobacz inne o: