Przejdź do treści

TOP 10. Dziwne, ohydne, obrzydliwe, czyli najgorsze jedzenie świata

Czy wiecie, że istnieje muzeum obrzydliwego jedzenia? Disgusting Food Museum otwarto w 2018 roku w Malmö, w dawnej miejskiej rzeźni, a bilet wstępu drukuje się tam na torebkach na wymioty (serio, serio). Założyciel muzeum, psycholog Samuel West, przyznał w wywiadach, że dwie osoby zdążyły już z niej skorzystać.

Wśród osiemdziesięciu eksponatów znalazły się sardyński ser z żywymi larwami, islandzki rekin po kilkumiesięcznej fermentacji i filipińskie jajo z rozwiniętym kaczym zarodkiem. Tuż obok, choć muzeum ulokowane jest przecież w Szwecji, znalazły się surströmming, czyli szwedzki śledź fermentowany w puszce, oraz szwedzka słona lukrecja. West od początku powtarzał, że każdą kuchnię muzeum ocenia tą samą miarą, bo uczucie obrzydzenia jest względne, a nie obiektywnie mierzalne. Z tego samego założenia wychodzi poniższe zestawienie.

Jak wybrałam dania do zestawienia, czyli czym właściwie jest obrzydliwe jedzenie?

Podobnie jak założyciel muzeum obrzydliwego jedzenia, nie wierzę w obiektywny ranking obrzydliwości. Co kraj, to obyczaj – niektórzy stawiają granicę zdatności do konsumpcji danego pożywienia przy żywych larwach, inni przy krwi, jeszcze inni przy mleku innego gatunku. Czy mleko innego gatunku jest obrzydliwe? Spora część Europy nie tylko pije je na śniadanie czy dodaje do kawy, ale też pozwala mu kwaśnieć i pleśnieć, po czym nazywa to camembertem. Tymczasem w Azji Wschodniej, np. w kuchni japońskiej, nabiał przez wieki pozostawał produktem co najmniej podejrzanym.

W psychologii na lęk przed nowym jedzeniem istnieje osobny termin – neofobia żywieniowa. Najsilniej ujawnia się ona między drugim a szóstym rokiem życia. To dokładnie ten czas, w którym człowiek uczy się, co (przynajmniej według jego domowej kuchni) jest jadalne. Jeżeli czegoś w menu nie ma, zostaje uznane za nietypowe lub zwyczajnie niezdatne do spożycia.

Punkt widzenia zależy więc od punktu siedzenia, a ściślej od kuchni, w której się dorastało. Dziwne jedzenie to zwykle po prostu jedzenie cudze, a ohydne jedzenie to cudze jedzenie opisane jednym przymiotnikiem więcej.

Do tego zestawienia wybierałam więc potrawy z historią, jedzone od pokoleń, a nie np. wyzwania wymyślone na potrzeby jakichś internetowych wyzwań i medialnego szumu. Pilnowałam, by każde danie dało się odszukać na miejscu, w krajach, do których i tak jeździ się na wakacje. Każda pozycja miała też przekraczać inną granicę.

Kilka klasyków zostało poza dziesiątką. Odpadło japońskie nattō, czyli sfermentowane ziarna soi o lepkiej, ciągnącej się konsystencji, odpadły chińskie jaja stuletnie, konserwowane tygodniami w mieszance gliny, popiołu i soli, oraz koreański gaebul, morski robak jedzony na surowo. Odpadł także durian, choć zapach tego owocu jest na tyle intensywny, że większość hoteli w Tajlandii zakazuje wnoszenia go do pokoi. Osobiście nie uważam żadnej potrawy z tej listy za bardziej obrzydliwą od pozostałych. Uważam za to, że każda ma historię, dla której warto przynajmniej przyjrzeć jej się z bliska.

Najbardziej obrzydliwe jedzenie na świecie – TOP 10

Najdziwniejsze potrawy świata, które trafiły do tego zestawienia, to dania, które ktoś realnie jada – często od pokoleń, czasami na co dzień, a niekiedy tylko od święta. Niektóre uważane są za przysmak, a inne stanowią swoisty rytuał przejścia.

Część tych dań powstała z niedostatku – mięso rekina, z którego Islandczycy robią hákarl, bez fermentacji jest trujące, ale kiedy nie było co jeść, należało eksperymentować. Z kolei kambodżańskie tarantule upowszechnił głód w latach 70. XX wieku.

Inne opisane tu potrawy od początku były rarytasami, przygotowywanymi z namaszczeniem i podawanymi gościom z dumą, jak japońska ryba fugu czy chińska zupa z ptasich gniazd.

1. Casu marzu, Sardynia – ser z żywymi larwami much

Casu marzu znaczy po sardyńsku „zgniły ser”, a Włosi z kontynentu mówią na niego po prostu „ser z robakami”. Zaczyna się od zwykłego, zupełnie niekontrowersyjnego owczego pecorino, któremu w ciepłe miesiące nacina się skórkę i wystawia krąg na powietrze. Chodzi o to, by muchówka serowa (Piophila casei) złożyła w nim jaja (jedna samica potrafi ich złożyć ponad 500!). Larwy zjadają ser od środka, a enzymy z ich przewodu pokarmowego rozkładają tłuszcze do tego stopnia, że wnętrze kręgu zamienia się w miękką, ostrą pastę. Jada się go, póki larwy są jeszcze żywe, ponieważ martwe oznaczają, że ser się przeterminował.

Niektórzy wyjmują je przed jedzeniem, inni jedzą w całości, na kawałkach cienkiego chleba pane carasau i do kieliszka cannonau, miejscowego czerwonego wina. Przy jedzeniu osłania się dłonią talerz, bo spłoszona larwa potrafi skoczyć na 15 centymetrów.

Sprzedaż casu marzu jest we Włoszech i w całej Unii Europejskiej zakazana, a w 2009 roku Księga rekordów Guinnessa wpisała go jako najniebezpieczniejszy ser świata. Sardyńczycy wytwarzają ten przysmak mimo to, w zagrodach, dla rodziny i dla tych, którzy wiedzą, kogo zapytać. Wakacje na Sardynii bywają więc jedyną okazją, by w ogóle go zobaczyć – choć trzeba o niego pytać poza hotelem.

2. Hákarl, Islandia – rekin, który musi sfermentować

Rekin polarny (Somniosus microcephalus), osiągający wiek kilkuset lat i dojrzewający płciowo dopiero po około 150 roku życia, jest najdłużej żyjącym kręgowcem na świecie. Warto wiedzieć, że surowe mięso tego gatunku jest dla człowieka trujące – wszystko przez mocznik i tlenek trimetyloaminy, którymi zwierzę reguluje ciśnienie osmotyczne w lodowatych wodach. Islandczycy radzą sobie z tym problemem od czasów pierwszych osadników: wypatroszone płaty zakopują w żwirze i przyciskają kamieniami na 6-12 tygodni, aż toksyny rozłożą się do amoniaku. Następnie kroją je w pasy i suszą w przewiewnych szopach przez kolejne 4-5 miesięcy. Gotowy hákarl pachnie amoniakiem i ma smak przypominający bardzo dojrzały ser pleśniowy. Podaje się go w małych kostkach nabitych na wykałaczki i popija brennivínem – kminkową wódką zwaną „czarną śmiercią”.

U wielu turystów powraca pytanie: czy Islandczycy naprawdę go jedzą, czy hákarl stał się już przede wszystkim wabikiem na turystów? Dziś hákarl jada się przede wszystkim na þorrablót, zimowych biesiadach w miesiącu þorri starego islandzkiego kalendarza, który przypada na przełom stycznia i lutego. Sama biesiadna tradycja jest w obecnej formie pomysłem restauracyjnym – zestaw dawnych wiejskich potraw pod nazwą þorramatur, w tym hákarl, jako pierwsza zaczęła reklamować w 1958 roku reykjavicka restauracja Naustið. Podawała je w drewnianych korytach wzorowanych na eksponatach Muzeum Narodowego, chcąc pokazać wiejską kuchnię mieszkańcom szybko rosnącej po wojnie stolicy. Islandzka etnolożka Hallgerður Gísladóttir zwróciła uwagę, że w tamtych latach potrawy te rzadko trafiały na þorrablót, bo w większości domów jadano je na co dzień. Odświętną oprawę zyskały dopiero wtedy, gdy pomysł Naustið przejęły stowarzyszenia organizujące zimowe biesiady w całym kraju.

Mrożone kostki hákarlu sprzedawane są dziś w większości islandzkich supermarketów, a na pchlim targu Kolaportið w Reykjavíku zapach stoiska z rekinem czuć zaraz po wejściu do hali. Młodsi Islandczycy sięgają po nie jednak coraz rzadziej, za to dla przyjezdnych pierwsza kostka hákarlu stała się rodzajem rytuału przejścia, a gospodarze szczególnie chętnie przyglądają się wtedy minom gości. Trzeba więc przyznać, że hákarl jest dziś jednym i drugim naraz – jedzeniem od święta dla Islandczyków i całkiem skutecznym wabikiem dla turystów.

W rankingu serwisu TasteAtlas na najgorsze potrawy świata hákarl trafił w 2023 roku do ścisłej czołówki. Większość islandzkiego hákarlu powstaje w jednym miejscu, w Bjarnarhöfn na półwyspie Snæfellsnes, gdzie rodzinna wytwórnia prowadzi też muzeum rekina. Podczas wycieczek objazdowych po Islandii można go spróbować w restauracjach Reykjavíku.

3. Haggis, Szkocja – podroby gotowane w owczym żołądku

Szkockie danie narodowe to w gruncie rzeczy wielka kiszka. Do serca, wątroby i płuc owcy dodaje się posiekaną cebulkę, płatki owsiane, owczy tłuszcz i przyprawy, zaszywa całość w oczyszczonym owczym żołądku i gotuje około trzech godzin. Owczy żołądek pełni tu wyłącznie funkcję osłonki, a sam farsz, w przeciwieństwie do naszej swojskiej polskiej kaszanki, obywa się bez krwi. Podaje się go z brukwią i ziemniakami (neeps and tatties) oraz kieliszkiem whisky, a w wersji odświętnej wnosi na salę przy dźwiękach dud. Robert Burns napisał w 1786 roku wiersz „Address to a Haggis”, w którym nazywa potrawę wielkim wodzem rodu puddingów. Od pierwszej kolacji ku pamięci poety w 1801 roku haggis jest głównym daniem Burns Night, obchodzonej co roku 25 stycznia.

Szkoci dorobili do niego własną legendę i opowiadają turystom o dzikim haggisie, małym zwierzątku o nogach krótszych z jednej strony, dzięki czemu wygodniej biega wokół wzgórz. W Stanach Zjednoczonych tradycyjny haggis jest zakazany od 1971 roku, bo tamtejsze przepisy uznają płuca zwierząt hodowlanych za niejadalne. Na wycieczkach objazdowych po Szkocji spotyka się go w większości pubów, a w smażalniach także w wersji smażonej w cieście, tak jak ryba. Coraz częściej trafia się też haggis wegetariański – pierwszy w sprzedaży przygotował w 1984 roku edynburski rzeźnik John Macsween na otwarcie Scottish Poetry Library. Podroby zastępują w nim czerwona soczewica, czarna fasola, marchew, brukiew, grzyby oraz pestki dyni i słonecznika. Z tradycyjnego przepisu zostają płatki owsiane, cebula i przyprawy. Owczy żołądek zastępuje sztuczna osłonka.

4. Balut, Filipiny – kacze jajo z zarodkiem

Balut to zapłodnione kacze jajo, w którym przez kilkanaście dni rozwijał się zarodek, ugotowane w całości i zjadane prosto ze skorupki. Filipińczycy najbardziej cenią jaja siedemnastodniowe, nazywane balut sa puti, czyli „zawinięte w biel”. Zarodek jest bowiem wtedy jeszcze owinięty białą błoną, ma miękkie kości i brak mu dzioba oraz piór. Wietnamczycy wolą swoje trứng vịt lộn starsze, po 19-21 dniach, gdy w środku widać już małą kaczkę.

Zwyczaj inkubowania kaczych jaj przywieźli na Filipiny w XVI wieku chińscy kupcy, którzy osiedlali się nad jeziorem Laguna de Bay, niedaleko dzisiejszej Manili. W Chinach podobne jajo nazywa się maodan, czyli „jajo z piórami”. W tym samym stuleciu archipelag stał się kolonią hiszpańską i pozostał nią aż do 1898 roku, stąd hiszpańskie nazwy wielu filipińskich miejscowości. Jedną z nich nosi gmina Pateros pod Manilą, która stała się stolicą balutu – Hiszpanie nazwali ją tak od miejscowych hodowców kaczek, bo pato to po hiszpańsku kaczka. Prawdziwą popularność balut zdobył jednak dopiero w czasie II wojny światowej, gdy brakowało żywności, a tanie jajo z zarodkiem było jednym z najprostszych źródeł białka.

Jaja dojrzewają owinięte w worki albo zakopane w ciepłym piasku – stąd sama nazwa balut, która po filipińsku znaczy „zawinięty”. Po mniej więcej dziewięciu dniach każde jajo prześwietla się pod światło, a te, w których zarodek się nie rozwinął, trafiają do sprzedaży jako penoy, czyli zwykłe gotowane kacze jaja.

Balut sprzedaje się od zmroku do świtu, z koszy ulicznych sprzedawców. Dlaczego akurat nocą? Najprostsze wyjaśnienie to piwo, bo balut jest klasyczną pulutan, czyli filipińską przekąską do alkoholu, i pojawia się wszędzie tam, gdzie wieczorem się pije. Filipińska historyczka kuchni Doreen Fernandez łączyła nocną porę z przekonaniem, że balut to afrodyzjak, który mężczyźni jedzą dla siły i wytrzymałości. Jest też wyjaśnienie najbardziej przyziemne – po ciemku nie widać, co właściwie jest w środku.

Jaja leżą pod tkaniną albo w piasku, który utrzymuje ciepło, a do każdego sprzedawca dokłada szczyptę soli. Najlepszą częścią jest dla wielu Filipińczyków bulion otaczający zarodek – wypija się go przez małą dziurkę w skorupce, zanim obierze się resztę. Żółtko i zarodek posypuje się solą albo skrapia octem z chili, a stwardniałe białko, zwane bato, czyli kamień, często zostaje w skorupce, bo jest za twarde do jedzenia. W smaku balut przypomina jajko na miękko zalane gęstym rosołem. W filipińskich restauracjach podaje się go dziś także w omlecie albo duszonego w sosie adobo.

Podczas wycieczek objazdowych po Filipinach i po Wietnamie można skosztować balutu na nocnych targach i ulicznych straganach.

5. Kopi luwak, Bali – kawa, która przeszła przez cywetę

Kopi luwak to kawa z ziaren, które przeszły przez przewód pokarmowy cywety palmowej, nazywanej po indonezyjsku luwak, a po polsku łaskunem. To niewielki, samotnie żyjący ssak, który dzień spędza w koronach drzew, a nocą żeruje – w naturze zjada owoce, owady i drobne gady. Z owoców kawowca trawi tylko miąższ, a nasiona wydala w całości, nadtrawione enzymami, które rozkładają część białek i odbierają kawie kwasowość. Ziarna z odchodów myje się, suszy i pali na jasno, a gotowa kawa jest łagodna i niemal pozbawiona goryczy.

Historia tej kawy zaczyna się na Jawie i Sumatrze w czasach holenderskiego systemu uprawy przymusowej (cultuurstelsel, 1830-1870). Miejscowi rolnicy musieli wtedy oddawać część ziemi pod uprawy na eksport, między innymi pod kawę. Robotnikom plantacji zabroniono zbierania jej na własny użytek, więc ziarna z odchodów cywet były jedynym sposobem, żeby spróbować napoju, który sami uprawiali. Kiedy holenderscy plantatorzy poznali jego smak, kawa z odchodów stała się także ich przysmakiem i już w czasach kolonialnych kosztowała więcej niż zwykła.

Przez dziesięciolecia kopi luwak zbierano tak samo jak na początku – z leśnej ściółki i ścieżek, na których dzikie cywety znaczą odchodami swój teren. Takiej kawy z natury jest niewiele, dlatego długo pozostawała rzadkością znaną głównie na miejscu. Na Zachód trafiła w latach 90., ale ostateczną sławę przyniósł kopi luwak film „Choć goni nas czas” z 2007 roku. Bohater grany przez Jacka Nicholsona pije ją tam z ogromną przyjemnością i dopiero pod koniec dowiaduje się, skąd się bierze. Dziś to jedna z najdroższych kaw na świecie.

Popularność okazała się dla cywet zgubna, bo dzikie zwierzęta nie są w stanie dostarczyć tylu ziaren, ile chce rynek. Na plantacjach w Indonezji i innych krajach Azji Południowo-Wschodniej zaczęto więc odławiać cywety i zamykać je w klatkach, gdzie dostają niemal wyłącznie owoce kawowca. W 2016 roku badacze z Uniwersytetu Oksfordzkiego i organizacji World Animal Protection opisali warunki, w jakich żyło 48 cywet na 16 plantacjach na Bali. Zwierzęta siedziały w ciasnych klatkach z podłogą z drucianej siatki, która rani łapy, często bez czystej wody i bez kontaktu z innymi cywetami, a w dzień, gdy powinny spać, oglądali je turyści. Żadna z plantacji nie spełniała podstawowych wymogów dobrostanu zwierząt. Wiarygodnego certyfikatu, który pozwalałby odróżnić kawę zbieraną „na dziko” od tej „hodowlanej”, nie ma. Rainforest Alliance i UTZ w ogóle odmawiają certyfikowania kopi luwak.

Jeżeli więc planujesz wakacje na Bali, może warto spróbować tam innej kawy, która powstaje bez udziału cywet – arabiki z wyżyny Kintamani pod wulkanem Batur. Jej nazwa jest chroniona od 2008 roku, podobnie jak nazwa szampana czy oscypka, więc kawą z Kintamani wolno nazywać wyłącznie ziarna z tej wyżyny. W Indonezji była to pierwsza nazwa objęta taką ochroną.

6. Smażone tarantule, Kambodża – pająki z głębokiego tłuszczu

Skuon, niewielkie miasteczko targowe na trasie z Phnom Penh do Siem Reap, nazywa się w Kambodży „miastem pająków”. Na tacach przydrożnych straganów leżą tam stosy a-ping, ptaszników wielkości dłoni, najpewniej z gatunku Haplopelma albostriatum, który w angielskich opisach od ponad stu lat nosi nazwę „edible spider”, czyli pająk jadalny. A-ping żyje w lesie, w głębokich norach z wejściem zasnutym cienką pajęczyną. Zbieracze wypatrują takich otworów i wykopują pająki motyką, ale hoduje się je także w norach przy wioskach wokół Skuon.

Najczęściej powtarzana opowieść łączy jedzenie pająków z latami 1975-1979, gdy pod rządami Czerwonych Khmerów głód zmusił ludzi do poszukiwania żywieniowych alternatyw. Owady i pająki jadano jednak w kambodżańskich wsiach na długo przed reżimem, który jedynie upowszechnił je jako jedzenie na przetrwanie. W przydrożny przysmak a-ping zamienił się prawdopodobnie dopiero w latach 90. XX wieku.

Najpierw pająki obtacza się w soli, cukrze i glutaminianie sodu, a potem smaży w głębokim tłuszczu z czosnkiem tak długo, aż ich nogi zesztywnieją. Nogi chrupią jak chipsy, a głowotułów kryje delikatne białe mięso, które porównuje się do mięsa kraba albo dorsza. Najwięcej emocji budzi odwłok, wypełniony brązową masą z narządów, jaj i odchodów, dlatego wielu przyjezdnych go odrywa. Kambodżanie odwłoka nie odrywają, co więcej, najwyżej cenią właśnie samice z jajami w odwłoku, które smakują trochę jak rybia ikra.

Kambodżanki wierzą, że a-ping dodaje urody. Dla lokalnych dzieci jest z kolei zwykłą przekąską. Żywe pająki kupują też goście z Wietnamu i Chin, którzy zalewają je winem ryżowym. Taka nalewka ma pomagać na bóle pleców i choroby dróg oddechowych, pod warunkiem że pająk zachowa w słoju nienaruszone kły jadowe. Nasze wycieczki objazdowe po Kambodży nierzadko przejeżdżają przez Skuon, więc jeżeli masz smaka na pająka, zapraszamy.

7. Gniazda salangan, Tajlandia – zupa z ptasiej śliny

Salangany to niewielkie jerzyki, które budują gniazda wyłącznie ze stwardniałej śliny, lepionej warstwa po warstwie w kształt płytkiej miseczki na ścianach nadmorskich jaskiń. Chińczycy nazywają takie gniazdo yànwō, czyli jaskółczym gniazdem, i stąd wzięła się polska „zupa z jaskółczych gniazd”, choć salangany należą do jerzykowatych, a nie do jaskółek. Oczyszczone z piór i ugotowane z cukrem gniazdo tworzy galaretowatą, prawie bezsmakową zupę, którą kuchnia chińska ceni od czasów dynastii Tang jako lek na wszystko, od cery po drogi oddechowe.

W Tajlandii gniazda zbiera się m.in. w Jaskini Wikingów na Phi Phi Leh. Zbieracze wspinają się po ciemku na imponujące, kilkudziesięciometrowe rusztowania z bambusa. Zbiory odbywają się trzy razy w roku, z przerwą, w której ptaki budują gniazda od nowa. Gniazd nie można zebrać sobie ot tak. Państwo sprzedaje na to koncesje za kwoty liczone w setkach milionów bahtów.

Gniazdo z pierwszego lęgu jest najczystsze, a te z kolejnych bywają czerwonawe. Dawniej tłumaczono to tym, że ptak, któremu brakuje śliny, kaszle krwią, i takie „krwawe gniazda” do dziś kosztują najwięcej. Chemicy z Singapuru wykazali jednak w 2018 roku, że krwi w nich nie ma – czerwony kolor nadają im związki azotu z ptasich odchodów, które zbierają się na dnie jaskini. Coraz więcej gniazd pochodzi dziś z betonowych budynków bez okien, do których jerzyki wabi się nagranym ptasim śpiewem, a w tajskich sklepach ślinę salangan można kupić w butelce, jako napój.

Na wyspy Phi Phi prowadzą niektóre wycieczki objazdowe po Tajlandii, a z Phuket można popłynąć tam na całodniową wycieczkę fakultatywną.

8. Fugu, Japonia – ryba z trucizną

Rozdymka tygrysia (torafugu) ma tetrodotoksynę w wątrobie, oczach i skórze, a samice także w jajnikach pełnych ikry. To trucizna około tysiąca razy silniejsza od cyjanku, na którą brak antidotum i która jest w stanie przetrwać nawet najdłuższe gotowanie. Zatruty zachowuje do końca pełną świadomość, podczas gdy paraliż odbiera mu kolejno mowę, ruch i oddech.

Ryba gromadzi toksyny z bakterii w swoim pożywieniu, w związku z czym fugu z hodowli jest w zasadzie wolne od toksyn. W restauracjach i tak obowiązuje żelazna zasada – od 1958 roku fugu wolno przyrządzać wyłącznie kucharzom z licencją. Ponadto ryby kroi się na osobnym stanowisku. Dziś zatrucia fugu to więc głównie konsekwencja samodzielnych prób podejmowanych przez osoby nieprzygotowane do podobnych wyzwań. Mimo to np. cesarz Japonii ze względów bezpieczeństwa ma oficjalny zakaz jedzenia fugu, nawet od licencjonowanego kucharza i ze sprawdzonego źródła.

Mięso rozdymki podaje się najczęściej jako sashimi, w plastrach tak cienkich, że prześwituje przez nie wzór talerza. Na wycieczkach objazdowych po Japonii najłatwiej spróbować jej zimą, bo wtedy ryby są najtłustsze i sezon na nie jest w pełni.

9. Cuy, Peru – pieczona świnka morska

W katedrze w Cuzco wisi „Ostatnia Wieczerza” Marcosa Zapaty z około 1753 roku. Przed Chrystusem i apostołami leży na półmisku pieczona świnka morska, a w kielichach zamiast wina jest kukurydziana chicha. Zapata, malarz szkoły cuzqueńskiej, przeniósł na biblijną scenę andyjskie menu, bo cuy obok lamy i alpaki był jednym z zaledwie trzech ssaków udomowionych w Andach przed przybyciem Hiszpanów. Dla gościa z Europy to zwierzę z klatki w pokoju dziecięcym, ale dla mieszkańców Andów od tysięcy lat źródło mięsa.

Dzisiaj cuy to danie na specjalne okazje. Na talerzu ląduje w całości, z głową i łapkami – pieczony nad ogniem albo spłaszczony i smażony (cuy chactado, specjalność Arequipy), z ziemniakami i ostrą papryką rocoto. Mięsa jest niewiele, choć skóra wychodzi chrupiąca. W smaku przypomina kurczaka lub królika.

W andyjskich wsiach świnka morska służy też jako narzędzie diagnostyczne. Rytuał nazywa się soba de cuy, czyli dosłownie „nacieranie świnką”, i do dziś odprawiają go miejscowi uzdrowiciele, curanderos. Uzdrowiciel pociera żywym zwierzęciem, najchętniej czarnym, całe ciało chorego i odmawia przy tym modlitwy. Według andyjskich wierzeń cuy wchłania chorobę. Jeśli świnka zapiszczy przy którymś miejscu, ma to wskazywać źródło dolegliwości. Potem curandero zabija zwierzę, otwiera je i czyta jego narządy jak zdjęcie rentgenowskie chorego – zmiany, które w nich znajdzie, mówią mu, co dolega pacjentowi i jakie zioła mu przepisać.

Cuy masz szansę spróbować podczas wycieczek objazdowych po Peru. W Cuzco świnka morska ma nawet swój własny festiwal, a cuy z pieca znajduje się w karcie wielu tamtejszych restauracji.

10. Escamoles, Meksyk – kawior z larw mrówek

Escamoles nazywa się często meksykańskim kawiorem. To larwy i poczwarki mrówek z rodzaju Liometopum, wybierane z gniazd ukrytych pod korzeniami agaw w środkowej części kraju – głównie w stanach Hidalgo, Tlaxcala oraz Meksyk. Jedli je już Aztekowie, od których pochodzi nazwa (azcamolli, czyli dosłownie „potrawka z mrówek”), a do dziś zajadają się nimi mieszkańcy stolicy i stanu Puebla. Larwy mają kremową konsystencję i delikatnie orzechowy posmak, a podsmażone na maśle z epazote – meksykańskim ziołem o ostrym, korzennym aromacie – przypominają ziarna białego ryżu. Pozyskuje się je tylko raz w roku, od lutego do kwietnia. Zbiory są trudne, bo mrówki zaciekle bronią gniazd i boleśnie gryzą, co tłumaczy wysoką cenę tego rarytasu w restauracjach Mexico City.

Podaje się je w tacos, w omletach albo z guacamole i świeżą tortillą. W kraju, gdzie koniki polne (chapulines) kupuje się na wagę na targach w Oaxace, a w butelce mezcalu pływa larwa ćmy, escamoles uchodzą za jedną z łagodniejszych pozycji w owadzim menu. Jeśli planujesz wycieczkę objazdową po Meksyku obejmującą Pueblę, Oaxacę czy stolicę, bez trudu natrafisz na te specjały na lokalnych targach i w restauracjach – najlepiej wiosną, w samym szczycie sezonu zbiorów.

Krew wieprzowa, flaki i czernina – obrzydliwe potrawy w naszym kraju

Obrzydzeni powyższą listą? Cóż, warto pamiętać, że polska kuchnia przekracza dokładnie te same granice. W końcu nasza kaszanka to nic innego jak kiszka nadziewana wieprzową krwią i podrobami – wątróbką, płucami czy skwarkami – wymieszanymi z kaszą gryczaną lub jęczmienną, cebulą i solidną porcją majeranku. Swoje kuzynki ma w wielu krajach Europy, od angielskiego black pudding po hiszpańską morcillę, choć gość z Japonii, gdzie krwi w kuchni używa się rzadko, patrzy na nią równie nieufnie jak Polak na balut. Czernina to zupa z krwi kaczki lub gęsi, zakwaszona octem, gotowana na rosole z podrobów, z suszonymi owocami i kluskami. W 2023 roku w zestawieniu najgorzej ocenianych potraw świata serwisu TasteAtlas zajęła dwudzieste miejsce.

Flaki, czyli wołowy żołądek pokrojony w paski i podawany w gęstym, pikantnym bulionie, jada się w Polsce co najmniej od XIV wieku – były zresztą ulubionym daniem Władysława Jagiełły. Fakt, że dziś można je kupić w słoiku w każdym osiedlowym sklepie, dziwi gości z zagranicy chyba bardziej niż sama zupa. Dołóżmy do tego zimne nóżki, salceson, ozorki, smażoną wątróbkę z cebulką czy drobiowe serca w sosie – dla cudzoziemca to zestaw osobliwości, a dla nas klasyczny obiad u babci. To cała szkoła kulinarna wyrastająca z dawnej biedy i niedostatku, w której ze zwierzęcia wykorzystuje się dosłownie wszystko, od mięsa po krew i skórę – dokładnie ta sama, z której wyrosły haggis czy hákarl.

Obrzydliwe potrawy świata najlepiej sprawdzić na miejscu – z Rainbow

Hákarl znajdziesz w kostkach na ladzie w Bjarnarhöfn, haggis podadzą Ci w pubach obok fish and chips, balut kupisz z koszyka na rogu ulicy. Najobrzydliwsze jedzenie świata ma tę zaletę, że w większości przypadków kupisz je bez większego problemu i kolejek.

Największą przygodę z dziwnymi daniami przeżyjesz w Azji. Wakacje w Tajlandii dają do wyboru całą paletę opcji, od smażonych skorpionów na Khao San Road w Bangkoku po stragan z mango i kleistym ryżem dwa kroki dalej. Z łodzi płynącej wokół Phi Phi widać też jaskinię, w której powstają gniazda salangan. W Japonii najdziwniejsze rzeczy jada się w najbardziej eleganckich wnętrzach, np. sashimi z fugu trafia na ręcznie malowaną porcelanę. Jednak nattō znajdziesz na hotelowym śniadaniu obok jajecznicy. Meksyk ma z kolei jedną z najdłuższych tradycji jedzenia owadów na świecie i oferuje kilkaset jadalnych gatunków, więc escamoles i chapulines to tam zwykła pozycja w menu.

Jeśli po tej lekturze masz ochotę sprawdzić, gdzie leży Twoja własna granica kulinarnych wrażeń, sprawdź, do zakątka jakiego wyjątkowego przysmaku możemy Cię zabrać i wybierz swój termin na food tour!

Data Publikacji: 28.10.2026
autor artykulu zdjecie

Artykuł autorstwa: Alicja Górska

Kulturoznawczyni z doktoratem, krytyczka literacka i filmowa oraz pisarka publikująca pod pseudonimem. Od ponad dekady związana zawodowo z branżą copywritingu i SEO. Absolwentka filmoznawstwa oraz twórczego pisania na Uniwersytecie Łódzkim, gdzie obecnie prowadzi zajęcia dla studentów. Miłośniczka różnorodnych tekstów kultury – klasycznych, popularnych i zupełnie niszowych. Szczególnie bliska jej sercu jest Islandia, o czym świadczy imponująca kolekcja literatury islandzkiej i o Islandii. Marzy o tym, by pewnego dnia zamieszkać w tej fascynującej krainie lodu i ognia. W podróżach jednak się nie ogranicza, chciałaby poznać cały świat. Ostatnio interesują ją zwłaszcza: Hawaje, Maroko i Korea.

Podobne artykuły

krajobraz kierunku
Kuchnia mongolska – tradycyjne potrawy ze stepu. Co warto zjeść w Mongolii?Kuchnię mongolską przez wieki kształtował surowy klimat środkowo-wschodniej Azji i koczowniczy tryb życia jej mieszkańców. Na bezkresnych stepach jadło się przede wszystkim to, co pozwalało przetrwać i co było akurat pod ręką – czyli mięso i nabiał, z których powstały proste, ale niezwykle sycące i pełne smaku potrawy. To właśnie tutaj herbatę zaprawia się mlekiem, mięso gotuje wraz z rozgrzanymi kamieniami, a niektóre tradycyjne dania przygotowuje się nawet… w worku z koziej skóry. Zadanie tych potraw jest proste – dostarczyć zapas kalorii na długie, mroźne zimy, a latem dać siłę na wędrówki po surowych pustkowiach.
krajobraz kierunku
Historia sushi – skąd pochodzi i kto je wymyślił? Od sfermentowanej ryby do california rollPopularność Japonii z każdym rokiem rośnie i coraz więcej elementów kultury Kraju Kwitnącej Wiśni zyskuje rozpoznawalność poza jej granicami. Sushi należy wśród nich do najbardziej znanych. Ta japońska potrawa szturmem podbiła cały świat. Jedni ją kochają, u innych budzi opór, a mimo to stała się kulinarną wizytówką Japonii. Kawałki ryżu, surowa ryba, wodorosty nori i misternie zwinięte rolki złożyły się na wizualny skrót japońskiej kuchni i kultury, a bary sushi znajdziesz dziś niemal wszędzie. Powszechnie sushi kojarzy się z wyrafinowaniem i elegancją. Początki tego dania nie były jednak ani eleganckie, ani japońskie. Zanim na stołach pojawiły się nigiri, maki czy popularne na Zachodzie california roll, ryż i ryby wykorzystywano w zupełnie inny sposób. Początki sushi wiążą się bowiem z konserwowaniem ryb metodą fermentacji. Z czasem sposób ten przeszedł długą ewolucję, a najwięcej zmienili w niej Japończycy. Jak powstało sushi, kiedy zaczęto jeść ryż razem z rybą i skąd wzięła się jego współczesna forma? I w jaki sposób tradycyjne japońskie danie zdobyło świat? Przeczytajcie!
krajobraz kierunku
Kuchnia egipska – co warto zjeść w kraju faraonów? Tradycyjne dania EgiptuEgipt leży na styku Afryki, Azji i Europy, a przez tysiąclecia był podbijany, odwiedzany i zamieszkiwany przez kolejne narody. Każdy z nich przynosił swoją tradycję gastronomiczną. Tym samym egipska kuchnia odzwierciedla bogatą historię regionu, który przez wieki przyciągał nowe grupy etniczne. Egipcjanie mogli korzystać z prostych składników możliwych do wytworzenia na trudnej ziemi i przechowania w skwarze. A jednak kuchnia egipska jest bogata, sycąca i zdrowa, oparta o to, co dostępne pod ręką – warzywa, świeże ryby, pieczywo, strączki. Czego musimy spróbować podczas wyjazdu? Opracowaliśmy przewodnik po egipskich smakach – najpopularniejszych potrawach mięsnych i bezmięsnych, kuchni ulicznej, deserach. Skupiamy się na tym, co smakuje najlepiej na miejscu.
krajobraz kierunku
Kawa z Kostaryki – kraj, który przez 30 lat zakazywał uprawy robustyŚwiat zwariował na punkcie kawy speciality. Dziś szukanie w naparze nut cytrusów, sprawdzanie wysokości upraw i dopytywanie baristy o metodę obróbki ziaren to już kawiarniany standard. Zanim jednak rewolucja „trzeciej fali” opanowała światowe metropolie, jeden niewielki kraj w Ameryce Środkowej cicho wyprzedził ten trend o całe dekady. Za pozycją kawy z Kostaryki wśród najlepszych na świecie stoi prawie 250 lat historii, odważne decyzje polityczne, które na zawsze zmieniły tutejsze prawo, oraz innowacyjny sposób przetwarzania ziaren – wdrożony na masową skalę wtedy, gdy plantacjom nagle zabrakło wody. To opowieść o miejscu, gdzie owoce do dziś zbiera się wyłącznie ręcznie, sztuka po sztuce, a bezkompromisową jakość postawiono ponad łatwy zysk. Choć Kostaryka odpowiada dziś za niespełna 1% światowych zbiorów, jej ziarna są obiektem pożądania kawoszy na całym globie. Jak ten mały kraj stworzył kawową potęgę i jak rewolucje w obróbce ziaren zmieniły tutejsze plantacje? Oto historia kostarykańskiego „złotego ziarna”.